Lubuska Izba Rolnicza » Archiwum bloga » NIC O NAS BEZ NAS
Główna » Aktualności

NIC O NAS BEZ NAS

Autor: Red. dnia 4 marca 2016

Przedstawiamy gospodarstwo Państwa Henryka i Jadwigi Zołotucha z Witoszyna, powiat żagański. Pan Henryk jest pierwszą kadencję delegatem Żagańskiej Rady Powiatowej LIR.

Proszę opowiedzieć skąd u Pana zamiłowanie do rolnictwa.
Henryk Zołotucha: Wychowałem się w rolnictwie. Moi rodzice prowadzili gospodarstwo i poprzez swoje oddanie do ziemi zaszczepili je i we mnie. Poszedłem do Technikum Rolniczego w Nowym Miasteczku i już wtedy miałem zakusy żeby kupić ziemie i założyć ogrodnictwo. W 1980 r. wraz z żoną kupiliśmy hektar i zacząłem uprawę warzyw.
Specjalizowałem się w uprawie cebuli dymki, cebuli jadalnej i marchwi. Współpracowałem wtedy z Centralą Ogrodniczą w Krośnie Odrzańskim. To był mój główny rynek zbytu cebuli dymki. Moi rodzice nadal prowadzili gospodarstwo, więc ja po pracy, a pracowałem zawodowo do 15-stej, siadałem na Komarka, dojeżdżałem do nich i im pomagałem.

To rolnictwo nie było Pana jedynym zajęciem?
H.Z.: Nie. Pracowałem również zawodowo. Moją pierwszą pracą była praca w Spółdzielni Mleczarskiej. Potem poszedłem do wojska. Po powrocie skaperowali mnie do służby rolnej w Wymiarkach, a następnie zostałem kierownikiem służby rolnej w Iłowej. Wróciłem jednak do Wymiarek, gdzie obejmowałem stanowisko kierownika służby rolnej, referatu rolnictwa. Następnie rok pełniłem obowiązki naczelnika gminy, ale rodzice byli już w takim wieku, że zdecydowali o przejściu na emeryturę. Od 1987 roku kiedy przejąłem gospodarstwo po rodzicach zajmuję się już tylko tym.

Jaki to był areał?
H.Z.: Po rodzicach przejąłem niewiele ponad 6 ha. Można zatem powiedzieć, że zaczynaliśmy na 7ha łącznie z naszym. Później dokupiliśmy trochę i oscylo-waliśmy w granicach 12 ha własnych. Moi rodzice dzierżawili również ziemię od Agencji Nieruchomości Rolnych. Zatem do uprawiania mięliśmy 22 ha.
Jadwiga Zołotucha: Część naszego dzisiejszego areału stanowią również grunty po moich rodzicach. Ja również pochodzę z rodziny rolniczej. Moi rodzice prowadzili gospodarstwo. Często wspominam czasy kiedy pomagałam im przy żniwach. A, że mieszkaliśmy prawie „po sąsiedzku” nie było problemu, bo grunty leżą niedaleko.

Jaka jest specjalizacja gospodarstwa?
H.Z.: Zaczynałem od warzyw ale zawsze lubiłem uprawiać ziemniaki. Były czasy, że uprawiałem ich nawet 10ha. To był i jest nadal mój główny kierunek produkcji. W zeszłym roku (2014 – dop. red.) uprawiałem ok. 4 ha ziemniaków, a w tym (2015 – dop. red.) już tylko 2,5 ha. Mam dwie odmiany ziemniaków: bryzę i denara.  Kiedyś trzymałem także ule, miałem czarną porzeczkę, hodowałem zwierzęta, głównie bydło, ale aktualnie prowadzę już tylko produkcję roślinną. Ostatnio obsadziłem 15 arów borówką amerykańską.

Czy ma Pan problem z rynkiem zbytu?
H.Z.: Nie. Mam swoją stałą listę odbiorców, którzy co roku biorą ode mnie. Czasem zgłasza się ktoś dodatkowo i jeżeli mam na tyle plonów to im również dowożę ziemniaki. Zaopatruję trzy sklepy w Wymiarkach. Oprócz tego wożę je do Gozdnicy, Konina i Jankowej Żagańskiej oraz mam jeden punkt w Niemczech. Umówiłem się ze sklepikarzami, że do wiosny będę im dostarczał i mam tych ziemniaków tak wyliczone żeby mi starczyło. Jest to dobry układ bo mogę liczyć na nich a oni na mnie.

Właśnie. Uprawia Pan na swoich polach ziemniaki to i pewnie występują problemy szczególnie z dzikami. Jak układa się współpraca z Kołem Łowieckim?
H.Z.: Na naszym terenie nie ma Koła Łowieckiego, mamy obwód hodowlany.
I chyba podobnie jak w większości tego typu spraw, brak jest koleżeńskiego dialogu.
Zabezpieczyli mi uprawy pastuchem. Gorczyca była już prawie po pas, łubin dostawał już pąki, siałem poplony
i prosiłem żeby zostawili go jeszcze aż rośliny wykształcą chociaż masę korzeniową, żeby trochę podrosły – niestety nie dało się z nimi rozmawiać. Stwierdzili, że jak zostawią to im to ktoś ukradnie. Wyznają zasadę” ty sobie mów a my i tak zrobimy swoje”. Zabrali i już. To już nie pierwszy rok się taka sytuacja powtarza. Efekt jest taki, że mam całkiem zgryziony poplon. U nas po polach chodzą całe stada po 20szt. jeleni i łani. Całe pobocza drogi są zbuchtowane przez dziki. W listopadzie 2013 r. założyłem im sprawę w sądzie, tak dla zasady, aby nie czuli się bezkarni, za zniszczenie poplonów ścierniskowych, ale sprawa nadal się toczy. Sąd idzie w tym kierunku, że powinni zapłacić. Poniosłem koszty biegłego sądowego, który oszacował wszystko, ale pełnomocnik obwodu się nie godzi z tym. Został powołany drugi biegły sądowy, który wyliczył, że mi potrąci 35% bo zostały korzonki i część rośliny jest. Mi nie chodzi o pieniądze tylko żeby była jakaś karność. Wystąpiłem do sądu, co prawda w swoim imieniu, ale reprezentuję wszystkich naszych rolników. Jak ja z nimi wygram to i sąsiadowi może lepiej oszacują w przyszłości. Bo szkody są duże nie tylko
u mnie ale i u sąsiadów, którzy często proszą mnie o pomoc. Najgorsze jest to co było w zeszłym roku. Zwierzyna zgryzła mi rośliny. One potem odbiły bokami ale to już nie była ta wydajność. Potem były kłosy gorszej jakości. Gdy przyszli szacować stwierdzili, że kłosy są, a że kiepskiej jakości to pewnie przez suszę. I zgonili na warunki pogodowe, aby tylko nie płacić odszkodowań.

A jak duże straty wystąpiły u Pana w związku z suszą?
H.Z.: Susza dotknęła moje pola podobnie jak u innych w okolicy. Moje grunty to mozaika. Tam gdzie mam piaski rośliny mocno przesuszyło. U mnie szczególnie widać było efekty na łubinie którego w tym roku wysiałem około 3ha, ale susza spowodowała również że i ziemniaki były słabsze. Słabsze ale nie było tragedii, bo około 200 kwintali z ha osiągnąłem i plon był wyrównany, typowo handlowy.

Uczestniczył Pan w komisjach szacujących straty suszowe?
H.Z.: Tak. Uczestniczyłem w komisji w gminie Iłowa i gminie Wymiarki. Mam doświadczenie w tym temacie, bo pracowałem w Urzędzie Statystycznym jako lokalny  przedstawiciel do szacowania strat w plonach, dlatego poproszono mnie żebym reprezentował izbę rolniczą. Tu mnie dobrze znają
i wiedzą, że nie jestem obojętny na krzywdę ludzką. Mocno trzymam za rolnikami i dlatego zdecydowałem się na udział w pracach komisji.

I jak duże były straty?
H.Z.: Najbardziej ucierpieli ci, co nastawili się głównie na uprawę łubinu oraz właściciele użytków zielonych. Drugi
i trzeci pokos można powiedzieć, że go nie było. Wszystka trawa uschła. Szczególnie mocno widać było to w Iłowej, bo tam są słabe gleby. Duże straty były również w kukurydzy. Przez suszę zboża były słabsze w granicach 20-30% na pewno. Dwa największe błędy popełnione w temacie suszy to zbyt późne powołanie komisji do szacowania oraz 30% utrata wartości całego dochodu gospodarstwa zamiast tylko oszacowanej straty w plonach. Rolnicy, którzy mają produkcję zwierzęcą praktycznie nie mięli szans na rekompensaty. Było to dla wielu rolników krzywdzące. Trudno było wytłumaczyć rolnikom, że mimo naszych szczerych chęci i ewidentnej straty przez susze nie kwalifikuje się do odszkodowania bo ma hodowlę. Myślę, że mogło to być działanie zachęcające rolników do ubezpieczania gruntów.

Jaka jest bonitacja gleby u Pana?
H.Z.: Grunty mam przeważnie klasy 4b i 5. Ok. 0,5 ha mam też 4a. Dlatego staram się uprawiać jak najwięcej roślin, które wprowadzają masę organiczną. Odkupuję też obornik od miejscowego rolnika i nim nawożę pola, sieję poplon ścierniskowy i w ten sposób wzbogacam glebę aby wydała dobry plon. Ponieważ gleby są słabe w 1993r. skorzystałem z krajowego programu zadrzewień i posadziłem 4 ha lasu. Dziś las jest bardzo okazały. Wśród drzew są takie gatunki jak buk, dąb, czarna olsza, modrzew, sosna, najmniej mam świerku.

Czy ma Pan park maszynowy?
H.Z.: Mam za małe gospodarstwo żeby mieć rozbudowany park maszynowy. Mam swoje dwa ciągniki ale nie inwestuję
w sprzęt, ponieważ nie mam następców. Nasza jedyna córka – Ania 10 lat temu wyjechała do Stanów Zjednoczonych i tam zamieszkała. Starszy wnuk Bartosz ma już 17 lat i tam chodzi do szkoły a wnuczka Oliwia – tam się urodziła. Przyjeżdżają do nas co roku, ale nie deklarują się czy wrócą do Polski czy nie. Zatem jak mam potrzebę korzystam z maszyn Spółdzielni Kół Rolniczych w Wymiarkach z siedzibą w Witoszynie. Warto wspomnieć, że jest to ewenement. Może w województwie lubuskim działa jeszcze gdzieś SKR, chociaż o innym profilu, ale nasze nadal świadczy wszelkie usługi dla rolników oraz dodatkowo wchodzą w przetargi i wykonują remonty dróg leśnych jako podwykonawcy. Działają bardzo prężnie.

Jakie funkcje społeczne Pan pełni?
H.Z.: Poza tym, że jestem delegatem Rady Powiatu Żagańskiego Lubuskiej Izby Rolniczej, jestem też członkiem Rady Nadzorczej Banku Spółdzielczego w Iłowej i  przewodniczącym Rady Spółdzielni Kółek Rolniczych w Wymiarkach z siedzibą w Witoszynie.

Czemu Pan chciał zostać naszym delegatem i wystartował w wyborach do izby rolniczej?
H.Z.: Powiem tak – uznaję zasadę nic o nas bez nas. Wymiarki to taka specyficzna gmina. Znam dobrze jej potrzeby. Nie było chętnych i nie chciałem aby nasza gmina nie miała delegata. Ja lubię to, lubię być aktywny i chce działać dla rolnictwa. Nie jestem obojętny na krzywdę sąsiedzką. Uczestniczyłem wcześniej w kilku spotkaniach rolników powiatu i zdecydowałem, że wystartuje.

Czy działa we wsi Koło Gospodyń Wiejskich?
H.Z.: Mamy bardzo aktywne Koło w Witoszynie. Jak na wieś liczącą ok. 1000 mieszkańców myślę, że mamy duże koło, bo liczy ono 30 kobiet. Dożynek gminnych u nas nie ma, ale panie organizują dożynki, pozyskują sponsorów i wychodzi tak jakby one były gminne. Jest msza św., potem z kościała idziemy na świetlicę i tam zabawa trwa do rana. Mamy piękną odremontowaną świetlicę. Odbywają się tam również: opłatek, sylwester, zabawy andrzejkowe. KGW aktywnie włącza się w odpust. Panie przygotowują potrawy, fanty, włączają się w organizację dnia ziemniaka. Co roku panie wiją ogromna palmę i oczywiście kulinarnie włączają się we wszystkie uroczystości organizowane przez samorząd.

Czy Pani działa w Kole?
J.Z.: Ja, nie. Do września 2015 r. byłam nauczycielem i dyrektorem w szkole. Uczyłam  historii, WOS-u i etyki. Od niedawna jestem na emeryturze. Wspieram akcje jak Panie się organizują, jestem zawsze do ich dyspozycji. Jednak nadal dużo czasu poświęcam uczniom. Jako nauczyciel miałam dużo laureatów olimpiad, teraz udzielam nieodpłatnie korepetycji, przygotowuję maturzystów i odpoczywam. Najważniejsza dla mnie jest satysfakcja płynąca z sukcesów moich uczniów. Zawsze chciałam udowodnić, że z małych szkółek dzieci mogą zajść daleko. Potrafią sprostać temu światu. Mimo, że są daleko od instytucji kulturalno-oświatowych to nie są to dzieci gorsze od uczniów ze szkół miejskich. Działam w Stowarzyszeniu Miłosierdzia św. Vincentego a Paulo oraz w stowarzyszeniu Klub Siedmiu. Uwielbiam śledzić programy naukowe i teleturnieje, gdzie należy wykazać się wiedzą. Ale, wracając do pytania, w KGW działa i jest członkiem honorowym mój mąż.

Jaka zatem jest Pana rola w KGW?
H.Z.: Głównie przy organizacji różnych imprez. Pomagam przewieść stoły, dostarczam zboże, ziemniaki.

Jakie jest państwa hobby?
H.Z.: Oboje jesteśmy fanami sportu.
J.Z.: Mocno przeżywamy porażki naszych sportowców. Ja bardzo lubię siatkówkę, skoki narciarskie, gry zespołowe, lekkoatletyka. Najmniej lubię boks.
H.Z.: Oprócz tego dla mnie największym hobby jest rolnictwo i kontakt z naturą. Uwielbiam chodzić po polach wtedy się uspokajam.

Dziękuję za rozmowę
Anna Słowik

GALERIA:

Digg this!Dodaj do del.icio.us!Stumble this!Dodaj do Techorati!Share on Facebook!Seed Newsvine!Reddit!Dodaj do Yahoo!
  Copyright ©2020 Lubuska Izba Rolnicza, wszystkie prawa zastrzeżone.