Lubuska Izba Rolnicza » Archiwum bloga » WIEDZA I STRATEGIA NAJWAŻNIEJSZE W GOSPODAROWANIU
Główna » Aktualności

WIEDZA I STRATEGIA NAJWAŻNIEJSZE W GOSPODAROWANIU

Autor: Red. dnia 20 lutego 2008

Pan Wiesław Pronkiewicz, delegat III kadencji LIR prowadzi gospodarstwo we wsi Krążkowo, gm. Sława wraz z żoną Małgorzatą. Gospodarstwo rolne posiada powierzchnię 650 ha. Pan Wiesław ma wykształcenie wyższe rolnicze, małżonka również rolnicze – średnie oraz studium policealne pracownika administracyjno-biurowego, co  ułatwia prowadzenie gospodarstwa. Posiada wieloletnie doświadczenie w działalności rolniczej  od 1988 roku. Syn Ireneusz 7 lat.

Jaka była geneza gospodarstwa?

W 1988 roku przejąłem gospodarstwo od rodziców, którzy zdali je na rentę. W tym czasie  ukończyłem właśnie Technikum Rolnicze w Sławie i zdobyłem na olimpiadzie krajowej indeks  na Akademie Rolniczą. To był wstęp na studia dzienne  natomiast ze względu na to, że miałem juz  gospodarstwo przepisane i byłem w nim niezastąpiony – wybrałem studia zaoczne we Wrocławiu. Gospodarstwo liczyło areał ok.18 ha oraz posiadałem podstawowy park maszynowy. Skończyłem specjalizację ogólnorolną.

Jaki obecnie jest areał oraz specjalizacja gospodarstwa?

Prowadzimy gospodarstwo ogólnorolne oraz produkcję roślinną na potrzeby trzody. Prowadzimy tucz trzody oraz produkcję wyspecjalizowanego materiału hodowlanego – loszki reprodukcyjne. Była to również jedna z działalności w gospodarstwie rodziców, które przejąłem. Oczywiście skala wtedy była mniejsza max 10 loch. Teraz  loch jest ok. 150. W naszym lubuskim Związku Producentów i Hodowców Trzody Chlewnej nie ma nas zbyt wielu. Jest 18 hodowców, a było kiedyś w samym woj. lubuskim nawet 100 –u reprodukcja była wtedy zorganizowana  wsiami. Dziś praktycznie pojedynczy członkowie zostali.

Jakie posiada Pan warunki gospodarowania –bonitacje gleb, rozłóg areału, uzyskiwane plony?

Gospodarstwo  o obecnym areale 650 ha jest nastawiane na produkcję pasz dla trzody. Użytki zielone-to jedynie ok. 4ha. Nadwyżki zbóż sprzedajemy – w tym pszenicę oraz  pszenżyto.W tej chwili właśnie weszliśmy w rzepak może nawet pod biopaliwa. Na  najsłabszych glebach około 60-70 ha to gryka, którą odbierają pobliskie kaszarnie.

Przez ostatnie lata nie ma roku, żeby  susza nie wystąpiła, więc ma to decydujący wpływ na plony. Mamy różne wskaźniki bonitacyjne gleb. Troszkę III kl może 10% areału na madach nadodrzańskich, więc grunty trudne w uprawie. Większość to IVa,b oraz V i ze 150 ha VI klasy. Na  słabszych glebach bez nawożenia obornikiem  nie udałoby się uzyskać opłacalnych plonów. Działki są duże, ale odległości również, gdyż gospodarstwo porozrzucane na kilku wsiach, po rodzicach na Lipinkach, na Dębczynie, tu w Krążkowie, ale również 10 km stąd na Bielawach, Kierznie i Borowcu to już jest tam odległości rzędu 15 km.

Na madach udaje się od 40- 70 q pszenicy uzyskać. Pszenżyto  rzędu 40-60 q. Weszliśmy w poplony więc cześć areału to poplony gorczycy a następcą tych poplonów są zboża jare. No niestety nie są za mocne te ziemie, więc praktycznie to, co się nieraz zyska przez to dofinansowanie do poplonów to nieraz więcej się straci bowiem  jare zboża plonują słabiej. Wielu rolników potwierdzi, że dla plonów wtórnych więcej się straci niż zyska. W ostatnich  latach na słabszych glebach uprawiamy strączkowe rośliny: łubin wąskolistny ale odmiany paszowe czyli słodkie. Źródło alternatywnego białka. Żyta plonują rzędu 25-30 q/ha.

Skąd pomysł przejęcia PGR-u Krążkowo? Była to okazja czy wyzwanie?

9 lat temu po przejęciu gospodarstwa od rodziców w 1995 roku ograniczały mnie braki budynków, żeby rozwinąć hodowlę. Pojawiła się możliwość wydzierżawienia gospodarstwa w Dębrzynie, które stały  puste  kilka lat i były dość rozszabrowane. Tam praktycznie przeniosłem produkcję z gospodarstwa rodziców, w ciągu 2 lat udało się je zagospodarować.. Krążkowo wydzierżawiliśmy, gdy ówczesny dzierżawca zarządzający majątkiem zbankrutował. Było to bardzo duże wyzwanie dla nas i powiększenie gospodarstwa o 150 ha  nie było łatwe i wymagało wielu wyrzeczeń.

Jest Pan specjalistą w produkcji trzody, w regionie z tradycjami oraz pobliskim  rynkiem zbytu- jak duża jest hodowla?

W chwili obecnej mamy rozgraniczenie hodowli na Dębczynie  matecznik czyli tam są lochy i stanowiska porodowe, natomiast tucz odbywa się  na Krążkowie. W chwili obecnej jest stan około 260 loch. Produkujemy około 3 tys-3,5 tys. tuczników, które sprzedajemy  do miejscowej spółdzielni w Sławie, zarządzanej przez samych rolników. Pełnię funkcję Przewodniczącego Rady Nadzorczej Spółdzielni Dobrosława w Sławie.

Uzyskuję mięsność średnio około 54-55%.  Uważam to za najbardziej optymalne, gdy jest wyższy poziom mięso traci  swoje wartości -pojawia się bladość, kwasowość, dla konsumenta przestaje być smaczne. Kraje zachodnie już  wycofują się z tej najwyższej mięsności.

Jakie należy hodować rasy, by uzyskać takie wyniki?

My mamy rasę mateczną WBP (Wielka Biała Polska) i ją kryjemy rasą PBZ (Polska Biała Zwisłoucha). W wyniku tego otrzymujemy tzw. loszkę krzyżówkową WBPxPBZ, która jest handlowa. Hampshire był 7-8 lat temu na topie jako rasa do krycia towarowego w celu podniesienia mięsności. Dzisiaj troszeczkę został zminimalizowany bo się okazało ze coś tam z wadami mięsa oraz  krzyżówki były agresywniejsze. Dziś do hodowli polecane są mieszańce Pietrain`a z Durokiem. Pietrain ma swoje wady, ale ma jedną zaletę, że podnosi mięsność, a Duroc natomiast ma wartościowe mięso, gdyż ma optymalną ilość tłuszczu śródmięśniowego.

Powiat wschowski  to zagłębie zachodnie trzody chlewnej łącznie z zakładami, które się tutaj bardzo dobrze  trzymają, czy ma to wpływ na opłacalność?

W spółdzielni mamy członków, którzy juz nie mieszczą się w gminie i powiecie. Spółdzielnia zawsze była mocna, dlatego rolnicy z innych rejonów  po prostu widzieli szanse  na rozwój własnych gospodarstw. Spółdzielnia zawsze miała ubojnię i zakład przetwórczy. W chwili obecnej nie mamy zakładu przetwórczego bo musieliśmy go kilka lat temu sprzedać, gdyż był niewłaściwie zarządzany. Mamy nadal swoją ubojnię na  6-7 tys. sztuk do uboju miesięcznie. Obecna cena jest tak śmieszna, że szkoda gadać. Ceny sięgnęły dna -około 3 zł. Ciężko jest sprzedać w takich cenach w jakie byśmy chcieli uzyskać, gdyż rynek półtusz wieprzowych jest równie niestabilny jak i ceny żywca.

Czy uważa Pan ze wejście do UE i otwarcie się na potęgi trzodowe Belgię, Holandię, czy one tutaj nie zrobiły za dużej konkurencji?

Na pewno zrobiły. Ja myślę, że nasz polski rynek jest zasadniczo ustabilizowany pod tym względem. Jak mamy  niedobór to jest 5% za mało a jak mamy nadwyżkę to jest znowu te 3-5 % za dużo i juz mówimy, że mamy nadwyżkę. W Danii muszą 3 świnie sprzedać „na zewnątrz” a 1 w kraju to tam dopiero możemy mówić o nadwyżkach. Mają tak dużą produkcję w przeliczeniu na mieszkańca. My mamy spożycie mięsa rzędu 40-60 kg mięsa  na osobę w  roku. Oni spożywają 2 razy więcej.

A czy dużym zagrożeniem jest rynek drobiu?

 Nie jest to aż takie duże zagrożenie. Atak ptasiej grypy drobiarzom psuje koniunkturę. Drób  musi być tańszy od trzody, tam jest prostszy i krótszy cykl produkcyjny, przez co  konkurencyjność większa.

Jakie jest usprzętowienie  gospodarstwa na tak wielkim areale? Ile osób Pan zatrudnia?

 W tej chwili zatrudniamy  10 osób. Jest to wersja zimowa. Dzisiaj  o wykwalifikowanych pracowników coraz trudniej. Kilka osób więcej pracuje w sezonie. Bo wtedy i słomę zbieramy i zboża. Są potrzebni ludzie przy magazynowaniu zboża. Jest bardzo dużo  pracy. Mamy 5 kombajnów, są to używane  roczniki od 88 do 91.  Nie jest to nowy sprzęt, awaryjność wzrasta. Przymierzamy się do zakupu nowej jednostki takiej, która by pozwoliła część z tych kombajnów odstawić.  Ciągniki: mamy 2. Liazy są to ciągniki łamane o mocy 180 – 240 KM. mamy również polskie ciągniki typu 1614, jedną sztukę  dwie dwunastki  120 KM, 80 2 sztuki. Ilościowo to jest dużo, ale awaryjność jest też duża.  Byłby potrzebny nowy, który by gros roboty podgonił. Mamy nowy ciągnik SAME o mocy 95 KM, który wykonuje bardzo dużo lżejszych prac jak nawożenie, ochrona, siewy.

Jaką technologię upraw Pan preferuje?

Głównie  stosujemy pełną uprawę płużną, która jest energochłonna. Coraz częściej wchodzimy w uproszczoną uprawę, szczególnie na madach, gdyż na tych gruntach, zwłaszcza pod ozime zboża wykonanie pełnej uprawy z orką i uprawkami ze względu na dotrzymanie terminów agrotechnicznych jest bardzo trudne.

Jaka jest współpraca z kołami łowieckimi?

Jestem myśliwym, więc dla mnie byłoby dyshonorem pójść do własnego koła po odszkodowanie. Problemy staramy się minimalizować. Szkód za dużych nie ma, bo dziki w zboże tak nie idą , a kukurydzy nie siejemy wiec szkód dużych tez nie ma.

Jak udaje się Państwu dostosowywać do wymogów unijnych?

Przepisy są i trzeba się do nich dostosować. My też w gospodarstwie przymierzamy się do budowania płyty obornikowej. Mamy produkcje rozdrobnioną i nie mamy na tyle dużej koncentracji, żeby pozwolenie zintegrowane było wymagane. No jeden plus. Lepiej jest też jak jest rozgrodzony sektor rozrodczy od sektora tuczu. Bo jak jest przestrzeń łatwiej o dobre warunki zoohigieniczne. Także tu  jestem za modelem przyjętym na zachodzie.

Po wejściu do Unii gospodaruje się trudniej, mimo dopłat. Większość ludzi z miasta widzi tylko czystą, żywą gotówkę na koncie oczywiście to nie są za darmo pieniążki bo w ślad za tym idą wymagania jakie trzeba w gospodarstwie spełnić. Po drugie cześć tych środków idzie w rekompensatę podnoszonych cen nawozów, środki ochrony roślin, paliwo. Jesteśmy też pracodawcą więc ponosimy koszty pracy.

Czy widział Pan kiedyś rolnictwo unijne? Czy dużo różni się w Pana branży ?

Widziałem gospodarstwa w Niemczech, we Francji i w Danii. Byłem na kilku wyjazdach. i osobiście uważam, że dzięki pomocy unijnej nastąpił tam bardzo wyraźny rozwój rolnictwa. Gospodarstwa są duże, specjalistyczne,  powstały dzięki środkom unijnym, ale i dzięki kredytom, które ten rolnik wziął i rozwinął gospodarstwo. Zwiększyło to znacznie ich   produkcję.

Niepokojące było to, iż rolnik, który miał 350  krów – był juz wewnętrznie  przygotowany, że  w ciągu 10 lat musi dojść do 500 krów, by utrzymać się na rynku. Nie wiem dokąd ta intensyfikacja i automatyzacja zmierza. Farmer zarówno na zachodzie jak i w Polsce o pracy 40 godzin tygodniowo i o urlopie może jedynie pomarzyć, gdyż z reguły pracuje dwukrotnie dłużej.

Czy przyszłość branży trzodziarskiej to grupy producenckie?

11 stycznia  br. powstała w ramach spółdzielni trzodowa grupa producentów rolnych. Dostosowaliśmy statut spółdzielni do statutu grup producenckich, zarejestrowaliśmy grupę teraz już spółdzielnia Dobrosława jest grupą producentów rolnych. Grupa liczy 59 członków, ja zostałem wybrany przewodniczącym tej grupy. Zaczynamy więc bardziej zorganizowaną działalność by zwiększyć swoją konkurencyjność.

Co spowodowało, że Pani chciała zostać na wsi i razem z mężem prowadzić tak duże gospodarstwo?

  Małgorzata Kmita – Pronkiewicz: Moje marzenia były trochę inne. Z wykształcenia jestem technik hodowca , drugi mój zawód to pracownik administracyjno- biurowy, zdobyty po ukończeniu policealnego studium adm.-biur. Pochodzę z pod nowosolskiej wsi ze Stanów z rodziny o tradycjach rolniczych. Z mężem poznaliśmy się w październiku 1998 roku.

Głową gospodarstwa jest mąż. Przejął ojcowiznę i tak się zaczęło. Ja zajmuję się przede wszystkim pracami administracyjnymi, komputer ułatwia dziś wiele prac. Nie ma takiej możliwości żebym nie pomagała w gospodarstwie przy hodowli, bo pracy jest sporo. Wnioski o dopłaty wypełnia mąż. Mamy bardzo duże zróżnicowanie gospodarstwa. Mamy 260 działek ewidencyjnych i ok. 150 rolnych.

Jak można w dzisiejszych czasach zaktywizować wieś?

Mieszkając tutaj od pierwszego roku zostałam przewodniczącą Koła Gospodyń Wiejskich. Rok temu, z racji nadmiaru obowiązków, zrezygnowałam z tej funkcji. Obecnie więcej czasu mogę poświęcić gospodarstwie. W ramach KGW robimy spotkania, organizujemy imprezy dla dzieci, zabawy choinkowe, dzień dziecka, zabawy andrzejkowe i dzień kobiet. Mamy salę wiejską, która służy mieszkańcom.

Dzieci w wieku od roczku do 6 klasy jest około 80. Jest to rozwojowy trend.

Planuję w przyszłości zająć się również agroturystyką.

Jak by Państwo widzieli przyszłość waszego gospodarstwa? Jakie są plany na przyszłość?

Najbliższe plany to nowa baza maszynowa, planujemy wybudowanie większej płyty obornikowej, która pozwalałaby sprostać wymaganiom, zakup dużego ciągnika o odpowiedniej mocy, który by trochę ten wysłużony sprzęt zastąpił. A jeżeli chodzi o budynki w tej chwili to są budynki ściołowe – płytkoalkierzowe, łatwiej zachować dobrostan niż na rusztach ale z drugiej strony jest większa pracochłonność.

Nasza ferma jest pod stałą opieką weterynaryjną.  Część zabiegów wykonujemy sami.

Jesteśmy po 3 badaniu profilaktycznym choroby Aujeszkyego i nie ma przypadków pozytywnych. Ze względu na rosnącą pracochłonność konieczna jest również modernizacja porodówek oraz budowa nowej odchowalni prosiąt na 1000 szt.

Jak  krajowa polityka rolna powinna wspomagać rolników?

Każde państwo powinno mieć swoją politykę krajową.

Polska produkcja i przetwórstwo poszły w ręce zagraniczne niestety. Czasami te firmy też sprowadzają mięso zza granicy. W Danii jest jedna duża  spółdzielnia, mają jedna dużą ubojnię i z całej prawie Danii te świnki jadą tam. Rolnik nie ma wpływu na cenę  bo tam jest powiedzmy 10 000 tych członków. Ale on jest tam jednocześnie udziałowcem w ubojni. Ale jak dobrze spółdzielnia zarządzi tym mięsem i sprzeda korzystnie do Japonii czy Chin  to zysk, który tam wypłacili trafi do producenta. Nas zalewają przeważnie przodki duńskie, szczególnie przy niskim kursie euro, gorszy asortyment trafia do nas, boczki i zadki na szynki idą do Niemiec przeważnie. A nasz przemysł mięsny z tych przodków zrobi wszystko. I to jest nasz ból. Bo oni zarabiając na zadach i środkach mogą sobie pozwolić wysłać go do nas taniej.

Jakie Państwo macie hobby?

Wyjeżdżamy przeważnie na jednodniowe, góra trzydniowe, wyjazdy turystyczne. Męża hobby to myślistwo, a największy upolowany zwierz to dzik ok. 100 kg. Kraje, które zwiedziliśmy to między innymi: Niemcy, Dania, Francja, Czechy, Ukraina, Litwa, Łotwa, Kreta, Włochy. Najczęściej wyjazdy, w których uczestniczyliśmy były to wyjazdy szkoleniowo – wypoczynkowe, gdyż jest to również okazja by się oderwać na chwilę od problemów gospodarstwa, a jednocześnie przez udział w wystawie, konferencji czy szkoleniu podnieść swoją wiedzę czy kwalifikacje. Bardzo dużo daje kontakt z innymi rolnikami – hodowcami. Nieraz rady i doświadczenia wymieniane „na luzie” między rolnikami są cenniejsze niż miesiące szkoleń.

Dziękuję za rozmowę.
Małgorzata Pałys

Digg this!Dodaj do del.icio.us!Stumble this!Dodaj do Techorati!Share on Facebook!Seed Newsvine!Reddit!Dodaj do Yahoo!
  Copyright ©2018 Lubuska Izba Rolnicza, wszystkie prawa zastrzeżone.