Lubuska Izba Rolnicza » Archiwum bloga » SIEDZIEĆ – ANI CZASU, ANI OCHOTY NIE MAMY
Główna » Aktualności

SIEDZIEĆ – ANI CZASU, ANI OCHOTY NIE MAMY

Autor: Red. dnia 19 lipca 2018

minPrzedstawiamy gospodarstwo rolne państwa Stanisławy i Leona Łobasz. Pani Stanisława już drugą kadencję jest członkiem Sulęcińskiej Rady Powiatowej LIR. Wraz z mężem gospodaruje na 89 ha w miejscowości Walewice.

Bardzo proszę o przedstawienie Państwa gospodarstwa.
Stanisława Łobasz: Rodzice męża przyjechali tu po wojnie z obecnej Ukrainy w 1945 roku a gospodarstwo przepisali nam w 1982 roku, kiedy przeszli na emeryturę. Wówczas liczyło 15 ha, 3 ha dokupiliśmy. Wtedy było typowym wiejskim gospodarstwem, gdzie były krowy, świnie, gęsi, kury…  W tej chwili trzymamy tylko drób na własne potrzeby, a uprawiamy zboża: pszenicę, owies, jęczmień, pszenżyto, grykę. Kiedyś również kukurydzę i rzepak, ale ponieważ gospodarzymy sami, a są to uprawy pracochłonne, musieliśmy z nich zrezygnować.
Był okres, przy mniejszym areale, i jak jeszcze teść żył, że mieliśmy konie zimnokrwiste i pracowaliśmy w lesie przy zrywce drzew, jako ZUL (Zakład Usług Leśnych). Kiedy nabyliśmy w dzierżawę grunty z ówczesnej Agencji Nieruchomości Rolnych, wycofaliśmy się z pracy w lesie. W między czasie odszedł teść, który zawsze był nam bardzo pomocny. Wtedy też zlikwidowaliśmy hodowlę koni i świń i przeszliśmy na samo zboże. Teraz gospodarujemy na 89 ha z czego 78 ha to wspomniana dzierżawa. Z naszej własnej ziemi zostało nam 11 ha ziemi ornej – na 6 ha, gdzie była VI klasa gleby, bardzo piaszczysta i kamienista 15 lat temu posadziliśmy las. Reszta ziemi to IV, V klasa. W tym roku kończy się nam umowa dzierżawy, postanowiliśmy, że złożymy wniosek o jej przedłużenie jeszcze na kolejne 5 lat.

To jest dobra działka, oddalona o 2-3 km od naszego domu dodatkowo w jednym kawałku. W tej chwili dom jest wielopokoleniowy – mieszka tu teściowa, my i nasza córka z wnuczką. Przy czym my głównie mieszkamy w Torzymiu, a tutaj przyjeżdżamy jak do pracy. Ja z wykształcenia jestem pielęgniarką – 41 lat przepracowałam zawodowo w szpitalu w Torzymiu, w każdej wolnej chwili pomagając mężowi w gospodarstwie. W październiku zeszłego roku przeszłam na emeryturę, ale żeby nie tracić kontaktu z ludźmi zostawiłam sobie jeszcze kilka dyżurów w miesiącu. Bardzo lubię swoją pracę.

Leon Łobasz: To jest odskocznia od męża…

S.Ł.: Tak, to też (śmiech). Każdy powinien mieć „coś swojego”.

A pan? Czym się zajmuje oprócz gospodarstwa?

L.Ł.: Pszczoły i Bałtyk – to moje dodatkowe zajęcie. Nad Morze Bałtyckie razem z kolegami jeżdżę łowić dorsze. Umawiamy się kilka razy w roku, wyjeżdżamy wieczorem, śpimy na kutrze, potem cały dzień łowimy ryby, a wieczorem wracamy. A jeśli chodzi o pszczoły to nie ma ich dużo, bo cztery rodziny, ale miodu nigdy nam nie brakuje.

W tym roku miodobranie jest udane?

L.Ł.: Niestety – ze względu na suszę, nie. Wszystko pięknie kwitło, drzewa akacji, lipy były obsypane kwiatami, jednak nektaru nie było dużo.

Połowy na Bałtyku są udane? Ile rybek przywozi Pan z takiej wyprawy?

L.Ł.: Różnie, to zależy jak napływają dorsze. Czasami 10kg, a nieraz tylko 5 kg. Waga ryb też jest różna, wszystko zależy jak się ma szczęście. Teraz dorsze wróciły do łask i ich cena jest inna. Kiedyś to była z nich robiona mączka do skarmiania świń.

S.Ł.: Ja za rybami generalnie nie przepadam, ale jak mąż przywiezie takie świeżo złowione, to przez 3 dni nic innego nie jemy tylko dorsze pod każdą postacią: i smażone, i kotleciki, pulpeciki, i w różnych sosach: greckim, pomidorowym, na ciepło, na zimno… Bo mrożone już się nie cieszą takim powodzeniem. Świeże są niezastąpione. W mediach, co jakiś czas pojawiają się informacje o dramatycznych sytuacjach szpitali, w których brakuje pielęgniarek…

S.Ł.: Oj, tak. Gdyby nie my emerytki, to chyba połowę szpitali musieliby zamknąć. Zarobki są niskie, a to powoduje, że młode dziewczyny wolą pracować na umowę zlecenie. Wtedy pracują dłużej i mają większe dochody, ale to nie jest korzystne dla nikogo. Ani dla nich, bo nie mają świadczeń socjalnych, prawa do urlopu itp. ani – wiadomo, dla pacjenta. U nas na oddziale na 10 pielęgniarek tylko dwie są na umowę o pracę.

A wracając do gospodarstwa, jak w tym roku oceniają Państwo stan swoich upraw?
S.Ł: Oj, źle. Powypalane. Jeszcze mieliśmy o tyle szczęście, że dość późno je posialiśmy. Ze względu na zwierzynę zboża ozime zawsze staramy się wysiewać jak najpóźniej, bo wtedy jest mniej zgryzione. Dlatego nasze zboża późno zaczęły się kłosić.

Czy chcieliby Państwo jeszcze coś zmodernizować, unowocześnić w gospodarstwie?
S.Ł.: Niewiele. Na bieżąco wszystko naprawiamy, usprawniamy. Mamy swój kombajn, co prawda starego Bizona, ale w pełni sprawnego, i wszystkie inne potrzebne maszyny w stylu: opryskiwacz, ciągniki. Żadnych dużych inwestycji już nie planujemy – no chyba, że trafi się ktoś do pomocy w gospodarstwie.

A czy będą mieli Państwo komu przekazać gospodarstwo?

S.Ł.: Syn mieszka w innym województwie a córka z nami. Pracuje zawodowo jako inspektor BHP a dodatkowo ukończyła technikum rolnicze więc nie jest wykluczone, że kiedyś przejmie ster. Różnie w życiu bywa. Póki co, mamy duże jej wsparcie przy tej całej dokumentacji związanej z gospodarstwem. To córka zajmuje się wszystkimi sprawami związanymi z prowadzeniem np. księgi oprysków czy dopłatami. To dla nas duża pomoc, tym bardziej, że w tym roku weszły e-wnioski a nas do komputera nie ciągnie.

Czy korzystali Państwo ze środków PROW?

S.Ł.: Nie. Nigdy nie korzystaliśmy z żadnych środków pomocowych.

A jak wygląda rynek zbytu?

S.Ł.: Zboża zazwyczaj sprzedajemy na wiosnę i od wielu lat mamy tego samego odbiorcę – firmę z Leszna i jesteśmy bardzo zadowoleni. Ceny jak wszędzie, ale zawsze terminowo płacą i nigdy nie było z tym problemu.

Jak wyobrażają sobie Państwo swoją emeryturę, kiedy nie ma już dziesiątek hektarów do uprawy i już nic nie muszą Państwo robić? Są wtedy Państwo tu, czy w Torzymiu?

S. Ł.: Raczej w Torzymiu, ale przede wszystkim ja nie wyobrażam sobie momentu, że nic nie robimy (śmiech). Nie wyobrażam sobie życia bez pracy, a Torzym, dlatego że wszędzie blisko –do sklepu, lekarza… Tam mamy dom z ogrodem i też jest co robić.

Pani z wykształcenia jest pielęgniarką, mąż rolnikiem – to w szkole się Państwo nie poznali…

S. Ł. Nie (uśmiech). Poznaliśmy się przez męża siostrę na jednej z sylwestrowych zabaw, a w tym roku minie już 40 lat jak jesteśmy małżeństwem.

Czy w Walewicach mieszkańcy są zintegrowani, działa tu może jakieś koło gospodyń, dzieje się coś ciekawego?

S.Ł.: Nie, nie ma tu żadnego KGW. Mamy taki teren ładnie zagospodarowany koło stawu, gdzie czasami sołtys razem z radą sołecką coś organizują.

Pani – choć na emeryturze dalej pracuje, dodatkowo prowadzi z mężem gospodarstwo, to czy jest jeszcze czas na inne zajęcia? Jak spędza Pani czas wolny?

S.Ł.: Uwielbiam spacery. Zbieram wtedy różne zioła, kwiaty, trawy… Potem je suszę i przekazuję koleżance, która wykorzystuje je do dekoracji świec i mydeł, które sama robi. W lesie, na okolicznych, rozległych bagnach zbieram żurawinę, z której robię różne przetwory. Co roku w październiku wyjeżdżamy z mężem na tygodniowe wczasy. Staramy się czynnie wypoczywać i na pewno spędzanie wielu godzin na plaży nie leży w naszej naturze. Siedzieć – ani czasu, ani ochoty nie mamy (śmiech)..

A jak trafiła Pani do Lubuskiej Izby Rolniczej i jak to się stało, że Pani, a nie mąż?
S.Ł.: A to dlatego, że to zazwyczaj ja wszystkie papierkowe sprawy załatwiam. I tak, kiedyś w gminie zapytano mnie czy nie chciałabym pracować dla Izby. Zgodziłam się i już drugą kadencję jestem w  Sulęcińskiej Radzie Powiatowej LIR. Całkiem mi się to podoba, dobrze się pracuje, choć muszę przyznać, że rolnicy z naszego terenu rzadko zgłaszają swoje problemy i proszą o pomoc. A szkoda. W ogóle uważam, że taka działalność jak Izby jest potrzebna. Załatwiamy wiele spraw np. poprzez udział w komisjach „suszowych”, wiele postulatów odnośnie prawa łowieckiego pojawiało się właśnie z Izb czy wszelkie konfliktowe sprawy związane z dzierżawą gruntów. Dodatkowo poprzez działalność w Izbie jestem na bieżąco z wieloma tematami i mam więcej informacji np. na temat organizowanych szkoleń czy to w Izbie czy przez ODR. W Izbie jest naprawdę gro zapaleńców, ludzi z sercem, którzy dużo swojego prywatnego czasu poświęcają dla pracy społecznej.

A podczas różnych spotkań jest okazja by poznać wielu fajnych, ciekawych ludzi. Tak więc warto.

Dziękuję Państwu serdecznie za rozmowę i życzę dużo zdrowia.

Aneta Jędrzejko

Digg this!Dodaj do del.icio.us!Stumble this!Dodaj do Techorati!Share on Facebook!Seed Newsvine!Reddit!Dodaj do Yahoo!
  Copyright ©2018 Lubuska Izba Rolnicza, wszystkie prawa zastrzeżone.