Lubuska Izba Rolnicza » Archiwum bloga » TYM, KTÓRZY ZAZDROSZCZĄ ROLNIKOM, POLECAM SPRÓBOWAĆ
Główna » Aktualności

TYM, KTÓRZY ZAZDROSZCZĄ ROLNIKOM, POLECAM SPRÓBOWAĆ

Autor: Red. dnia 13 września 2019

Przedstawiamy gospodarstwo rolne Państwa Reginy i Zbigniewa Poźniak z miejscowości Osiecznica, powiat krośnieński. W tegorocznych wyborach pan Zbigniew został wybrany na członka Krośnieńskiej Rady Powiatowej LIR. Państwo Poźniak mają dwóch dorosłych synów i czworo wnucząt.

Proszę opowiedzieć historię Państwa gospodarstwa.
Zbigniew Poźniak.: Historia naszego gospodarstwa ma swój początek w 1979 roku, kiedy to zawarliśmy związek małżeński. Od tego też roku zaczęliśmy prowadzić gospodarstwo, którego formalnie właścicielami staliśmy się w 1982 roku, po przepisaniu go nam przez teścia. Wówczas liczyło 17 ha. Ponieważ systematycznie je powiększaliśmy doszliśmy do ponad 60 ha. Teraz już niestety idziemy w drugą stronę – tzn. zmniejszamy areał. Nie mamy komu przekazać gospodarstwa, każde z dzieci – dwóch synów, poszło w inną, nie rolniczą stronę.

Jak Państwo uważają, czemu żaden z synów nie chciał się podjąć pracy w gospodarstwie?
Z.P.: Myślę, że to wynik dorastania w gospodarstwie, w którym była prowadzona hodowla. Przez ok. 30 lat prowadziliśmy hodowlę świń w cyklu zamkniętym. Mieliśmy wówczas ok. 25 macior, tj. ok. 300 tuczników, rocznie – ponad 700. Do tego 7 krów dojnych. Nigdzie nie wyjeżdżaliśmy. Dodatkowo były lata, że mieliśmy ok. 12 ha roślin okopowych – ziemniaków. Było przy tym co robić. Cały czas w pędzie. Jak wyjeżdżaliśmy to tylko na weekend. Dzieci widziały, że praca na roli to ciężki chleb i „uwiązanie”.

Co było głównym powodem likwidacji produkcji zwierzęcej?
Z.P.: Na to złożyło się kilka czynników, między innymi: niestabilność cen skupu żywca, brak paszy – gospodarzymy głównie na V i VI klasie gleb, gdzie trudno jest uzyskać odpowiednią wydajność, więc często paszę musieliśmy dokupować, co oczywiście podrażało koszty produkcji, no i wspomniany brak następców. Budynki wymagały już modernizacji, a nie było sensu w nie inwestować. Nie było dla kogo.

Żałują Państwo, że zrezygnowali z tego charakteru produkcji?
Z.P.: Zdecydowanie nie. Na tym się nie zarabiało. Można powiedzieć, że tyle, co na bieżące wydatki. Teraz, ten kto zrezygnował z produkcji zwierzęcej bardzo rzadko do niej wraca. Mało kto. Cała dokumentacja, numeracja, inseminacja, śrutowanie… Jest przy tym co robić. Teraz doszły jeszcze problemy z ASF i bioasekuracją. Czasami słychać głosy, jak to rolnicy mają dobrze. Tym wszystkim, którzy rolnikom zazdroszczą, polecam spróbować, żeby zobaczyli, że to nie takie łatwe.

Wróćmy do początku prowadzenia przez Państwa gospodarstwa. Jak to wówczas wyglądało?

Regina Poźniak: Z pewnością duże doświadczenie i wsparcie uzyskaliśmy od mojego ojca. Po tym jak przekazał nam gospodarstwo, jeszcze przez dość długi czas nami kierował. Szkoła szkołą, a doświadczenie i codzienna praktyka bardzo dużo daje.

Z.P.: Teść był w naszej w wsi, można powiedzieć pionierem, przewodnikiem. Dużo rzeczy zapoczątkowywał. Np. pierwszy założył plantację truskawek, czarnej porzeczki, sad, uprawę ziemniaków na większą skalę. W tym co robił, był bardzo nowatorski. To była także duża zasługa ówczesnych doradców rolniczych, którzy zachęcali go do podejmowania wyzwań. Dzięki nim teść przy wprowadzaniu nowych nasadzeń miał fachowe wsparcie. Oprócz tego prowadził także skup owoców i mleka. W tamtym czasie nie było takich problemów z ludźmi do pracy przy zbiorach…

Z.P.: Nie. Dużo się pozmieniało. Wtedy każdy grosz się liczył. Teraz nasi rodacy chętniej jeżdżą za granicę i gdy przychodzi pora zbiorów, możemy liczyć tylko na pomoc starszych ludzi.

A jak wygląda zbyt, np. ziemniaków? Czy jest z tym problem?
Z.P.: Nie, nie mamy z tym problemu. Oczywiście wiele się pozmieniało, gdy na rynek weszły duże sklepy, tzw.„sieciówki”. Kiedyś zaopatrywaliśmy ok. 30 sklepów, dziś już tylko kilka. Teraz mają szansę tylko ci „duzi”, z szeroką ofertą. U nas nawet nie było jak założyć grupy producenckiej. W naszej miejscowości zostało nas trzech, typowych rolników. Ale mamy swoją, wypracowaną przez lata markę i stałych klientów, którzy chwalą nasze ziemniaki. W sklepie pytają: „Czy są ziemniaki od Poźniaka?”. Kiedyś mieliśmy taką sytuację – jadę do sklepu z zamówionymi wcześniej ziemniakami, przyjeżdżam, a pani mówi, że przecież ziemniaki już przywiezione. Okazało się, że jakiś handlarz podszył się pode mnie.

Gdyby mogli Państwo cofnąć czas, wybraliby Państwo inną drogę?
R.P.: Raczej nie. Ja krótko, na początku małżeństwa pracowałam zawodowo w nadleśnictwie, potem jeszcze w centrali nasiennej. Zresztą, oboje jesteśmy po technikum rolniczym.

Jak w tej chwili przedstawia się struktura zasiewów?
Z.P.: W tym roku pszenicy ozimej mamy 11 ha, pszenżyta 17 ha, żyta ok. 20 no i 1,5 ha ziemniaków.

Czy jeśli chodzi o sprzęt są Państwo samowystarczalni?
Z.P.: Tak. Sprzęt choć stary – najmłodszy ciągnik ma 22 lata, to jeszcze nam służy. Jedynie do jego obsługi w okresie wzmożonych prac polowych zatrudniamy osoby do pomocy.

Czy korzystali Państwo z jakichś programów pomocowych, np. na zakup sprzętu, modernizację gospodarstwa?
Z.P.: Skorzystaliśmy jedynie z pomocy dla młodych małżeństw, do 40 lat, na zakup ciągnika. To było w 1996 roku. A później już nie. Głównie z powodu braku następców. Nie chcieliśmy niepotrzebnie się zadłużać, bo jakby nie było, jest to zobowiązanie.

Czy w tym roku brał Pan już udział w pracach komisji suszowej? Jak Państwo postrzegają problem suszy?
Z.P.: W tym roku jeszcze nie brałem udziału w takiej komisji. To moja pierwsza kadencja w strukturach LIR. A susza? No cóż, oczywiście lepiej żeby jej nie było. To przykre, kiedy człowiek pracuje, robi wszystko jak należy, a zarobku z tego nie ma. I nie oszukujmy się, ale pomoc państwa też jest ograniczona.

Jak to się stało, że wszedł Pan w struktury Lubuskiej Izby Rolniczej? Jak oceniają Państwo jej działalność?
Z.P.:
O działalności Izby wiem od dawna. Ponieważ mam teraz więcej czasu – dzieci już dorosłe, a produkcja tylko roślinna, postanowiłem kandydować. To jest praca typowo społeczna, na którą trzeba mieć czas.

R.P.: Uważamy, że działalność Izby jest bardzo potrzebna. Dzięki niej z wieloma sprawami jesteśmy na bieżąco. Dobrze jest, jak ktoś przewodzi daną grupą społeczną, bo wtedy można coś wynegocjować.

Czy pełni Pan jakieś inne funkcje społeczne?
Z.P.: Kiedyś byłem w radzie nadzorczej banku, w radzie sołeckiej. Jak jest potrzeba to pomagam, nigdy nie odmawiam. Np. przy co rok organizowanej w Osiecznicy imprezie „Święto Karpia”. Uważam, że nie trzeba być w różnych organizacjach żeby pomagać i być uczynnym.

Jak spędzają Państwo wolne chwile? Można wyjechać, choć na parę dni?
Z.P.: Jeśli wyjeżdżamy, to nie na długo. Mamy jeszcze drobny inwentarz. Ale jak się zdarzy, to wtedy możemy liczyć na pomoc dzieci i zaufanej sąsiadki. Jednak na wyjazd np. do sanatorium jeszcze czasu nie znaleźliśmy. Marzy nam się taki odpoczynek i podreperowanie zdrowia, ale 3 tygodnie, to póki co, za długo dla nas, żeby zostawić gospodarstwo.

Dziękuję Państwu za rozmowę i życzę dużo zdrowia.

Aneta Jędrzejko

 

 

Digg this!Dodaj do del.icio.us!Stumble this!Dodaj do Techorati!Share on Facebook!Seed Newsvine!Reddit!Dodaj do Yahoo!
  Copyright ©2021 Lubuska Izba Rolnicza, wszystkie prawa zastrzeżone.