Lubuska Izba Rolnicza » Archiwum bloga » Reportaż o wsi
Główna » Aktualności

Reportaż o wsi

Autor: Red. dnia 16 września 2011

Dla ludzi wsi, którzy są solą tej ziemi”.

IGRANIE Z ROLNĄ EUROPĄ

One chcą mieć freizeit – czas wolny, tak jak wszyscy. I tu jest problem. Nie kochają ziemi.- stwierdza Georg Meyer, bauer z Frankonii, na pytanie o żony dla rolników. Europejska wieś, ta lubuska i ta frankońska, jest z pozoru spokojna i ustabilizowana, ale po przyjrzeniu się z bliska widać, że wewnątrz trwa rewolucyjny proces zmian. Wspólnota wiejska wszystkich mieszkańców to dziś utopia. Wieś zmienia swój charakter a umiłowanie ziemi przestaje być przyczyną wyboru drogi życiowej i samorealizacji jej mieszkańców.

Frankonia to rolnicza, gospodarna kraina w północnej Bawarii. Ma swoją specyfikę, odrębność i różnorodność – od winnic na zachodzie, poprzez intensywne rolnictwo w środkowej Frankonii do turystycznej Szwajcarii Frankońskiej na wschodzie. Jest jeszcze jeden podział na Frankonię piwną (wschodnią) i winną (zachodnią). Stąd trafiły pod Zieloną Górę pierwsze sadzonki winorośli 800 lat temu.

Ziemie Zachodnie były szansą, tu przybyła ludność z Kresów, z konieczności, ale tu można było otrzymać ziemię. Kiedyś marzenie każdego chłopa. Mimo, że wychowywali się w poniemieckich meblach, dzięki ziemi, z czasem poczuli się u siebie. To przyśpieszyło tożsamość z regionem kolejnego pokolenia. Ziemia Lubuska nie okazała się ziemią obiecaną, w porównaniu z pozostawionymi na wschodzie czarnoziemami tu były „laski, piaski i …karaski”. Nie rozumiano tej ziemi, np. nie znano nawozów sztucznych, nie uprawiano szparagów czy winorośli. Lęki ojców po transformacji 89 roku odeszły w cień. Granicę na Odrze i Nysie przypieczętowano Traktatem granicznym i o dobrym sąsiedztwie z Niemcami w 1991 r. Dopiero 45 lat po wojnie!

Farmer z Frankonii czy polski rolnik, mimo odmienności ich historii, są podobni w podejściu do swojego warsztatu pracy. Łączy ich również sceptyczne odniesienie do unijnej biurokracji. Rolnik to specyficzny zawód, określający styl życia, z dozą niezależności „chłop na zagrodzie, równy …”.

Ziemia – podstawowy kapitał rolnika, w Lubuskiem ma wartość ok.10 tys. zł za hektar, we Frankonii ceny rozpoczynają się od 20 tys., ale euro. Rolnik zaczyna być biznesmenem. Unia wyznaczyła dla bauera i rolnika ten sam cel, ale daje różne stawki dopłat. To dzieli. Czy większa konkurencyjność i solidarność europejskiego rolnictwa wobec światowego jest możliwa? Czy „moja chata skraja…?” W rozszalałym konsumpcjoniźmie ginie etos ziemi żywicielki i ojcowizny-ojczyzny, młodzi chcą raczej na ziemi zarabiać a nie ją uprawiać, jak ojciec i dziadek. Kiedyś mówiło się ze ziemia rodzi, a dziś ziemia produkuje, kiedyś była jak matka a dziś po prostu kapitał.

 Kwestia agrarna

Wjeżdżam pociągiem do niemieckiej Frankonii. Wita szachownica miedzianych pól, pachnie kwitnącym rzepakiem, zielenią się oziminy zbóż. Tę kolorową przestrzeń przecinają zadrzewione równiutkie miedze. Starsi pasażerowie nowoczesnego ICE DB wpatrzeni, młodsi zerknąwszy znad laptopów i iphonów, też na chwilę zatrzymują wzrok. No pięknie. Scenografia wsi jak z obrazka, kwiatki, zadbane domy z muru pruskiego i równo poukładane drewno kominkowe, gdzieniegdzie powiewa frankońska flaga. Czerwono-biała, z zygzakiem w środku, znajome barwy, jakoś swojsko.

Pragmatyczny Frankończyk G.Meyer z Rheindorfu z synem Manfredem (46 lat, kawaler) nie utrzymaliby gospodarstwa z samego rolnictwa, dzięki subwencjom unijnym i landowym zdywersyfikowali dochód w gospodarstwie inwestując dodatkowo w solary na budynkach gospodarskich, mają tez udziały w farmie wiatraków. W zysk z rolnictwa ekologicznego nie wierzą. – Dopóki państwo pokrywa zwiększone wysiłki na tę działalność, jest dobrze. Bez zwiększonych dopłat byłoby wręcz niemożliwe. W naszej wsi jest tylko 2 prawdziwych rolników, my z żoną mamy już po 70 lat a pracujemy jak dawniej-. Gospodarując na66 hamają 90 szt. bydła , z tego 31 krów mlecznych. Bezpośrednio z gospodarstwa sprzedają ziemniaki i szparagi. Na wrotach obory zwyczajem frankońskim widnieją przybite okrągłe tabliczki – trofea hodowcy za uzyskane wysokie wyniki w mleczności krów. Pokazują szczyt wydajności kilka lat temu z wynikiem 9 tys. litrów od krowy, teraz warunki nie sprzyjają. Bawaria to potęga mleczna, tu trzydzieści procent gospodarstw (a jest ich 112 tys.) produkuje mleko.

Obok wsi powstaje w szybkim tempie kolejna w okolicy biogazownia. Senior Meyer – bez podziwu dla modnej inwestycji mówi wprost – Będą potrzebowali1100 haupraw kukurydzy na energię na naszej dobrej, żyznej ziemi! A skąd ziemi na jedzenie? Niemcy wycofują się z elektrowni atomowych, wyłączyli 7 reaktorów i jakoś wszystkie żarówki świecą. Teraz mają nadwyżkę, ale niech tylko poczekają jak będzie zima! Oni jeszcze zobaczą…- odgraża się farmer.

Konkurencja zaostrza u jednych apetyty na bieg do przodu. Innych pozostawia w tęsknocie za utraconym. Ci nie inwestują i nie rozwijają się w tempie narzuconym przez globalizację. 35-hektarowy rolnik ze Starego Kramska w Lubuskiem Andrzej Fritsche z żalem dziś stwierdza – Nie dokupiłem ziemi, gdy rozwiązywali PGR, sąsiad przekonywał „jeszcze się będą prosić” i to był błąd. Dziś nie ma skąd dokupić gruntu w mojej okolicy. PGR w całości przejął przedsiębiorca z rozmachem, teraz buduje przy fermie biogazownię.- Jednak kilkanaście lat temu, gdy jego koledzy wyjeżdżali z kraju za chlebem, na pytanie dlaczego nie wyjechał; – Bo ja już wtedy miałem ziemię-. No właśnie, zostawić ojcowiznę? Czy to dziś wartość tylko symboliczna?

Na Ziemi Lubuskiej problemu „głodu ziemi” nie widać tak jaskrawo, tym bardziej, że grunty są słabe a ok.51 procent województwa jest porośnięta lasem. Rolnicy biją się na przetargach organizowanych przez Agencję Nieruchomości Rolnych o ziemię, ale wysokiej klasy. Za dobrą uznawana jest nawet bonitacja IVa i IVb. Klasy I nie ma wcale, II – śladowe ilości. Są nadal miejsca, gdzie grunty leżą nieuprawiane, nie opłaca się, nawet z dopłatą unijną. Przez ostatnie lata ANR sprzedała ponad 160 tys. ha gruntów głównie rolnikom indywidualnym, pozostaje jeszcze do sprzedaży drugie tyle.

Zegar tyka

We Frankonii firmy budujące biogazownie wykupują, za wielkie pieniądze, ziemię rolną dotychczas dzierżawioną przez miejscowych bauerów. Wysokowydajny sprzęt zostaje niewykorzystany. Brakuje ziemi rolnej, każdego dnia rolnicy tracą grunty na budowę dróg, tereny mieszkalne i handlowe, ale ostatnio głównie do produkcji energii, głównie z kukurydzy.

Takie decyzje władz nie są dla Meyera zrozumiałe. Z goryczy słów bauera przebija żądanie reakcji polityków. Problem zostaje zauważony. Z ust polityka CSU Brunnera, ministra rolnictwa Bawarii można było usłyszeć wiosną 2011 roku troskę o konieczność „porozumienia społecznego na zmiany, aby zatrzymać niepożądany rozwój”. Póki co nowe biogazownie rosną jak grzyby po deszczu korzystając z dotacji unijnych i obowiązkowego odbioru wytworzonej energii po dobrej cenie. Obecnie co piąte gospodarstwo domowe w Bawarii jest zasilane energią elektryczną z biogazowni rolniczych, czyli drogą energią. Inteligentne zagospodarowanie przestrzeni – to kolejne hasło a oznacza ono tyle, że codziennie Land traci bezpowrotnie 160 tys. m2 gruntów rolnych. Bawarski Związek Rolników (BBV), oprócz ostrych stanowisk o potrzebie ochrony gruntów, łąk i lasów dla rodzin rolniczych, próbuje przebić się do społeczeństwa z problemem – pokazując na swojej stronie internetowej zegar zużycia gruntów. Liczby robią wrażenie, w raporcie z 2010 podsumowano, że od 1970 roku na transport, budownictwo i inne inwestycje pozbawiono charakteru rolnego 500 tys. ha gruntów w Bawarii.

Rozwój wymaga poświęceń, ale czy tylko rolnicy powinni myśleć globalnie i wskazywać tak kluczowy problem? Konsekwencje wydają się poważne w obliczu nadchodzących wyzwań związanych z bezpieczeństwem dostaw żywności dla 500 mln obywateli Unii Europejskiej. Ziemia niestety nie jest odnawialna. „Farmy powinny rosnąć, aby przetrwać w przyszłości. Lepiej żyć można tylko wtedy, gdy ma się więcej ziemi” – podsumowuje Meyer.

W Polsce również znika ziemia rolna w szybkim tempie, według spisu rolnego z ubiegłego roku wynika, że nastąpiło zmniejszenie powierzchni użytków rolnych o 8%, i to tylko w porównaniu do spisu z 2002 roku. Interes na ziemię rozkręciły na nowo dopłaty. Przyśpieszyła również sprzedaż gruntów popegeerowskich, w 2016 kończy się okres przejściowy na sprzedaż ziemi obcokrajowcom.

„Oni jeszcze zobaczą…”

Dziś rolnicy tkwią w sieci zależności od rynku czy subwencji unijnych, wtedy muszą spełniać dodatkowe wymogi dobrostanu zwierząt, ochrony środowiska czy tzw. dobrej kultury rolnej.

Rolnictwo prowadzone wg ekstensywnych metod, dziś nazwanych ekologicznymi nie ma takich problemów. Krystyna Stachów z Gościeszowic w Lubuskiem to rolniczka z zamiłowania, uprawia metodami ekologicznymi 2 ha – warzyw, malin, truskawek oraz 6 ha zbóż. Będąc na emeryturze, pracowała w kulturze gminnej i nadal prowadzi zespół, ciągle rozwija gospodarstwo.

– Świadomość ekologiczna jeszcze 10 lat temu nie istniała, liczyło się by owoce były duże i ładne. Mój areał ekologiczny daje mi dobry dochód, mam teraz stałych wypracowanych klientów”.- opowiada pani Krystyna. Jednak rolniczka nie wycenia swojej pracy, traktując ją nieco jak hobby.

– Po co pani ta ziemia i ciężka praca? – prowokuję.

– Ziemia daje takie zbiory, że szkoda ją oddawać, synowie nie zostali na ojcowiźnie, liczę na wnusia, którego ulubione zabawki to traktory i fermy. Dla mnie wstać rano i iść na ogrody, na to moje królestwo to…”- brakuje jej słów ze wzruszenia. W tym gospodarstwie nie wyczuwa się obawy nadążania za zmianami otoczenia by gonić za postępem. Unowocześnienie to nie jest zerwanie z tradycją, ale otwartość na zmiany z poczuciem dumy własnych korzeni i kultury.

Marzenia o samowystarczalności i niezależności to przykład gospodarstwa (40 ha) młynarza Arno Ressa w kartoflanej gminie Hollstadt w Dolnej Frankonii. Jego żona Roswitha, gdy zadzwoniłam z prośbą o rozmowę, ucieszyła się -„ Od kiedy zostaliśmy gospodarstwem roku, prawie tylko tym się zajmuję”. Młynarz i rolnik z herbem w piątej generacji z zadowoleniem oprowadza po włościach – młyn, elektrownia wodna zasilająca tartak, zwierzyniec, sklepik z produktami z gospodarstwa i odrestaurowane mieszkania wakacyjne w młynie z sauną i siłownią. Na dachach solary, w planach gminy 15 wiatraków. Z trzema innymi rolnikami wybudowali z pomocą unijną przechowalnię ziemniaków . Niespotykanym zjawiskiem jest wymiana między „kartoflarzami” kamienistych pól na ziemniaki, tak żeby każdy mógł je uprawiać.”W ten sposób mamy lepsze plony, nie ma chorób i każdy ma zysk”- uzasadnia solidarność rolników Ress. W tym zagłębiu ziemniaczanym królują potrawy frankońskie – kluska ziemniaczana, biała kiełbasa, pieczona łopatka oraz lokalne piwo, każda wioska ma swój browar ( ok. 200 w okolicy!).

Inicjatorem rozwoju działalności jest tu przedsiębiorcza żona gospodarza, która zarządza, pracuje w gospodarstwie i pełni społeczne funkcje w regionalnych organizacjach. Uczestniczy również w lokalnym damskim „Stammtischu”, czyli spotkań wpływowych mieszkańców wsi o wyższym statusie, zbierających się cyklicznie w gospodzie. W każdej wsi jest „instytucja Stammtisch” powołana do obrony swoich interesów, przeważnie męska. Będąc przypadkiem nie należy siadać przy takim stole, jest on zarezerwowany dla swoich.

Ress poczuł się szykanowany po ostatniej kontroli unijnej, został ukarany obcięciem 5 procent dopłat za to, że jego zwierzyniec do głaskania – konik pony i 2 kózki miniaturki nie mają kolczyków unijnych. Złożył odwołanie.

-Niedobrze się robi. To nie są zwierzęta hodowlane. To niezrozumiałe – oburza się na biurokrację . Sprzecznych z chłopskim rozsądkiem spraw jest więcej, choćby to, że kiedyś wszystko miało swoją realną cenę, a teraz produkcja jest reglamentowana. -Mieliśmy większą wolność, co uprawiać.

Ress opowiada o zapobiegliwości farmerów w indywidualnym przerobie własnych płodów rolnych – „Zanim nie było hurtowego skupu rzepaku każdy z bauerów miał własną tłocznię. Łączyło się to z dieslem pół na pół i jeździło jak złoto”. W Polsce jest to zabronione, dodaję. „- U nas też!”- odpowiada bauer.

Problem z ziemią we Frankonii jest namacalny –„Duże gospodarstwa powiększają się i stać je na wyższe ceny, ale one masowo sieją kukurydzę do biogazowni. Ziemi brakuje i na żywność zostaje coraz mniej” – i dodaje kiwając głową „ekolodzy wyznaczają budowy nowych dróg omijając nieużytki i bagienka, prowadząc je przez najlepszą ziemię rolną!”

Gospodarstwo reklamuje się – Urlop bez stresów u Ressów (Urlaub ohne Stress bei Ress!), i można bez skromności przyznać, że to prawda. Sielski świat wsi frankońskiej też się kurczy, przed 20 laty było we wsi 50 rolników, teraz jest kilku. Podobnie jest w całym regionie wokół Bambergu, nie mówiąc o Frankonii.

Na zakończenie spotkania zwiedzam część hotelową młyna, zostawiono wiele akcentów rustykalnych z dawnego wyposażenia, Ress wtrąca jakby od niechcenia, że całą modernizację wykonywała polska ekipa budowlana – „Budowlańcy, a potrafili zrobić wszystko” – stwierdza z uznaniem.

Ressowie mają poczucie, że trafnie wytyczyli kierunki rozwoju gospodarstwa -„myśmy już swoje zrobili, resztę niech robi młoda generacja”-, mając czterech synów nie mają obaw o los ojcowizny, zwanej tu Heimatem.

Kondycja wsi

Historyczny epizod osadnictwa frankońskich rolników spod przeludnionego Bambergu za ziemią k/Poznania, dwieście lat temu, miał olbrzymi wpływ przeniknięcia na teren polski nowych technologii. Do dziś określenie „bamber” kojarzy się z bogatym gospodarzem. O sile chłopskiego ducha potomków z Frankonii niech świadczy fakt dalszego prowadzenia gospodarstwa jednego z nich na Jeżycach, dziś wchłoniętych przez miasto Poznań. Są i inne chlubne karty historii walki o ziemię, podobnie jak my Polacy mamy swoją Panoramę Racławicką, tak we Frankonii można obejrzeć obraz chwały chłopskiej w formie panoramy Wojny Chłopskiej w Bad Frankenhausen, jako wyraz buntu chłopów przed uciskiem.

Duże gospodarstwa lubuskie z areałem powyżej 100 ha (jest ich tu ok.500), mimo przejściowych trudności z koniunkturą czy niesprzyjającą aurą, odnalazły drogę do funkcjonowania z dochodem. Nie narzekają również ci rolnicy, którzy dość szybko połapali się o co tak naprawdę chodzi „tej Unii”, dość sprytnie korzystając z trzosa pieniędzy pomocowych. Dokupili nowoczesne maszyny, grunty, sadzą rośliny, za które są wysokie dopłaty lub zakładają dodatkową działalność w myśl przysłowia „ nie wkładaj wszystkich jaj do jednego koszyka”. Są otwarci na komercyjne trendy.

Polski chłop radził sobie w czasie, gdy po środki do produkcji rolnej stał ostatni w kolejce za PGR-ami i spółdzielniami. Dziś problemem jest zbycie plonów po dobrej cenie. Po wejściu do UE umiejętność szybkiego przystosowywania się polskiego chłopa z jednej skrajności w drugą zaprocentowało. Integracja polskiego rolnictwa z unijnym zmieniła świadomość chłopów i wymusiła poszukiwania nowych rozwiązań, kapitału i możliwości na ciągły rozwój technologii.

„Rolnik, który żyje tylko z ziemi – musi w ziemię inwestować”- prawdę na dzisiejsze czasy dobitnie stwierdza Zenon Małowski z lubuskiego Trzebiechowa – „Na wiosce było nas dwóch. Sąsiad i ja. Mieliśmy tyle samo hektarów. Ja po ojcu dostałem 3 konie, źrebaka i sprzęt konny. Sąsiad dostał ciągnik i sprzęt do niego. Dziś ja mam cały potrzebny sprzęt, 100 sztuk bydła, ponad sto hektarów, drugie tyle dzierżawię i jeszcze od niego połowę wykupiłem. On nie inwestował. Ale jego ojciec o czwartej jechał orać a nie o 10.00…A dziś sama praca i oszczędność nic nie da, dziś trzeba trochę nauki.” Małowski docenia system dopłat obszarowych, ale ma za złe politykom, że mają za krótki horyzont w gospodarce rolnej, tylko na 4 lata. Wyborcze. Choćby z cukrem, mieliśmy sprowadzać trzcinowy, bo tańszy, nasi już buraków nie uprawiają a cukier – jest drogi. Z rezerwą obserwuje też poczynania wielkoprzemysłowych ferm, nastawionych na zysk -„Na V i VI klasie pozakładali pastwiska, doradzałem żeby kosić łąki szybciej, bo wyschnie na pniu. Ludzie niby uczeni a potem słomą bydło karmią”.

Jest duża grupa rolników tylko statystycznych, zawyżających liczbę indywidualnych gospodarstw, a które mimo posiadania ziemi, nawet ogródka nie uprawiają. „Są też tacy, którzy uprawiają ziemię nie dla plonu, tylko dla dopłat” – mówi rolnik Stanisław Myśliwiec z Zaboru, sam posiada 200 ha, w tym część upraw ekologicznych –„Szacunek do ziemi to był za naszych dziadków. Prawdziwą jej wartość sprawdzano biorąc w dłoń pędź ziemi, gdy piasek się rozsypał była zła, gdy została w garści był… błysk w oku. Pokolenie – żyć, żeby pracować odchodzi. Ziemia w obrębie większych miast traktowana jest jak lokata kapitału a złośliwi mówią, że tam rolnicy zajmują się tylko podziałem gruntów na działki budowlane. Może to jakaś sprawiedliwość dziejowa, że w końcu i chłop zarobi na sprzedaży gruntu pod markety? A potem i tak zainwestuje w gospodarstwo.

Od lat europejskie organizacje chłopskie domagają się wzmocnienia pozycji rynkowej rolników indywidualnych przeciwko potężnym i skoncentrowanym gałęziom przemysłu i handlu. Dyskutuje się coraz śmielej o ograniczeniu megasubwencji największym beneficjentom Unii, potentatom spożywczym, takim jak: Südzucker, Müller-Milch czy Vion.

„Oni jeszcze zobaczą…”

Głód ziemi gnał chłopów przez granice państw, miłość do ziemi określała byt. To ilość hektarów wyznaczała pozycję rodziny wiejskiej. Nawet obecnie liczy się głównie ilość, wystarczy spytać rolnika ile ma hektarów, jak odpowie, że 10 – wiadomo małorolny, ze starym traktorem. Jak ma z 50-100 ha – to klasa średnia, a ten z ponad 100-200 ha jest jak dawny ziemianin, ma nowoczesny sprzęt i …kredyty, ale jednocześnie nastawiony rynkowo.

Dzisiejsza ekonomia naucza, że kraj jest nowocześniejszy im mniej osób pracuje w rolnictwie. Czy to oznacza, że jeśli to będzie 4 % – to będziemy bardzo nowocześni, a jak 1 % – to bardziej, a jak 0%…? Czy wszystko trzeba kalkulować na wzrost. Nadszedł czas zamienić ilość w jakość. Konsumentom w Europie, przestaje smakować produkowana masowo żywność. Szukają dobrych produktów regionalnych wysokiej jakości i są gotowi za nią turystycznie podróżować daleko i płacić więcej. Niestety pokolenie najmłodszych konsumentów, bezradne wobec machin reklamy, podatne na sprytny marketing, nie docenia smaku tradycji, ma fatalne nawyki żywieniowe.

Można zaryzykować pewną prawidłowość , że kondycja wsi wskazuje jak wygląda gospodarka w danym kraju. Niemieccy konsumenci wydają tylko 11 procent swoich dochodów na żywność. U nas 25 %, a nawet 1/3 dochodów. Wg kwartalnego barometru ekonomicznego w bawarskim rolnictwie 34 procent gospodarstw chce inwestować w najbliższych 6 miesiącach, istnieje silny wzrost inwestycji w budynki komercyjne, inwestycje w maszyny nadal wysokie jak nigdy dotąd.

Na Ziemi Lubuskiej rolnicy najszybciej wykorzystali pulę dotacji unijnych na maszyny i inwestycje w modernizację gospodarstw dostępne w Programie Rozwoju Obszarów Wiejskich. Nie skorzystało wielu chętnych, więc radzą sobie sposobem, korzystając z innych programów – kupują maszyny na usługi. I czekają na kolejne decyzje UE, gdyż do wyrównania poziomów gospodarki rolnej jeszcze sporo brakuje.

Wieś blisko szosy

Tarcie nowych zjawisk z tradycją wsi, choćby zwyczajową, następuje w obrębie zwykłego sąsiedzkiego życia na wsi. Napływowi z miasta nie uczestniczą w życiu wsi. Na porządku dziennym była pomoc sąsiedzka czy poczęstowanie kawałkiem „świeżynki” ze świniobicia. Manfred ze wsi Hagenbuchach społeczny szef straży pożarnej, pomagając wielu mieszkańcom za darmo, zaskoczony jest, że dawni mili sąsiedzi wyceniają swoją pomoc sąsiedzką czy użycie sprzętu. Kiedyś to było nie do pomyślenia.

 W Polsce czas pracy podczas żniw był okresem społecznie szanowanym. Dziś zdarzają się sądowe wyroki za zakłócanie ciszy nocnej przez pracujące maszyny. Sporym problemem są zapachy hodowli dla nowoosiadłych.

Prawo zwyczajowe wygrywa jeszcze we Frankonii w kwestii hałasowania przez piejące koguty czy bicie dzwonów. Nowo osiedleni mieszkańcy są w tych kwestiach pouczani przez sądy, że powinni wiedzieć wcześniej z czym wiąże się życie na wsi. Wspólnota wiejska ma coraz więcej sprzecznych interesów.

„Oni jeszcze zobaczą…”

Idee zrównoważonego rozwoju czy dywersyfikacji dochodu wsi są znane i wdrażane. Chodzi o to by rolnik znalazł dodatkowy dochód jednocześnie korzystając z bazy gospodarstwa, maszyn i swojej pracy. Skala inicjatyw jest różna w zależności od oferowanego unijnego programu.

Co bardziej przedsiębiorczy rolnicy zakładają dodatkowe firmy. Najczęściej usługi. A usługi, wiadomo, to działanie intratne, nie pochłaniające surowców a przynoszące stałe zyski.

Unia ma instrumenty do łatwego sterowania wsią i rolnictwem – tu daje, tam zabiera. To co jest dotowane rozwija się lawinowo, ale w sposób krótkowzroczny.

Urodzeni na Ziemi Lubuskiej są już u siebie, kolejne pokolenia zintegrowały wspólną wschodnią tożsamość, oswoiły tę ziemię i zagospodarowują po swojemu. Zdaniem Władysława Piaseckiego, przedsiębiorcy rolnego i szefa samorządu rolniczego – Nastąpiła w rolnictwie duża zmiana jakościowa związana z mechanizacją, wykształceniem rolników, dostępem do kapitału czy stosowaniem nowych plennych odmian. Nie bez znaczenia okazała się forma własności ziemi i wzrost poziomu kultury rolnej, np. stosowanie środków ochrony roślin. Rolnicy niechętnie organizują się, choć to by im ułatwiło gospodarowanie.- i dodaje – Warto wiedzieć, że jedyny bilans dodatni eksportu Polska ma obecnie w produktach rolniczych.

Stereotypy o zaściankowej mentalności Frankończyków nie sprawdzają się i kawał – Jak właściciel gospody, widząc zmierzających do niej sześcioro gości, woła ze strachem do żony – O Boże, przecież my mamy tylko pięć stolików – na pewno można już włożyć do lamusa. Kwitnie tu agroturystyka, enoturystyka, zielone szkoły i czy gastronomia. A w bezpośrednich rozmowach przebija troska o przyszłość swojej ziemi (brak następcy), wsi i kraju a nawet Europy.

 Szczęść Boże! Griiss Gott! Szczęść Unio!

Trwa polska Prezydencja w Radzie UE. W tym czasie będzie ustalany budżet Wspólnej Polityki Rolnej na kolejne 7 lat do 2020 roku. Kryzys w negocjacjach podziału pieniędzy na WPR przewidywany był w opiniotwórczych środowiskach zachodnich już wiosną tego roku. Nie odbiły się też mocnym echem, ze względu na wydarzenia światowe, demonstracje w Brukseli o równe dopłaty polskich i innych „wschodnich” rolników w maju br. Rolnicy czekają na propozycje, co będzie wspierane, jakie będą priorytety, od tej wiedzy zależy ich być albo nie być. W oficjalnych dokumentach na temat zadań Prezydencji dla wsi i rolnictwa czytamy: „zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego, wzmocnienie rozwoju obszarów wiejskich czy uproszczenie zasad ubiegania się o dopłaty”. Hasła powinny szybko przełożyć się na konkrety.

-„My rolnicy – mówią ci polscy i frankońscy – mamy wyżywić Europę, niech nie dzielą nas na lepszych i gorszych. Żaden pieniądz nie zastąpi ziemi, a ziemia nigdy nie straci. Ziemia będzie jeszcze najcenniejszym pieniądzem.”

 

Małgorzata Pałys,
ur. 1964,redaktor Rolniczego Pulsu,
autorka artykułów
o wsi i rolnictwie, stypendystka
Fundacji Współpracy
Polsko-Niemieckiej na 2011r.,
realizatorka projektów
szkoleniowo-doradczych oraz wielu
studyjnych wyjazdów branży.

GALERIA:

Digg this!Dodaj do del.icio.us!Stumble this!Dodaj do Techorati!Share on Facebook!Seed Newsvine!Reddit!Dodaj do Yahoo!
  Copyright ©2017 Lubuska Izba Rolnicza, wszystkie prawa zastrzeżone.