Lubuska Izba Rolnicza » Archiwum bloga » PROWINCJONALNE „GLAMOUR”
Główna » Aktualności

PROWINCJONALNE „GLAMOUR”

Autor: Red. dnia 26 lutego 2013

Opowieść o ludziach z prowincji, którzy nie dali się wykluczyć. Jedni uciekają stąd, inni robią zmianę jakościową i technologiczną budując „nowe” na „starym” z poszanowaniem tradycji i swoich korzeni.

Małgorzata Pałys

            Tu jest prowincja, takie „zadupie” w środku Europy, pogranicze Polski, Niemiec i Czech. Jednak są tacy, którzy tu znaleźli swoje miejsce do życia z pasją. Odnawiają i rozwijają chlubne  dziedzictwo na marginesie globalizacyjnej rzeczywistości.

             „O tam, posadziłam drzewo, orzech – pokazuje ręką Diana na koniec ogrodu – i tam na ławeczce widzę siebie z mężem za 30 lat.”

Podczas pogodnej miodowej jesieni minionego roku siedzimy na tarasie przy kawie z ciastem śliwkowym upieczonym przez moją rozmówczynię. Diana Podlesch, jest po 30-tce, mieszka w kilkutysięcznym miasteczku Forst, przy granicy z Polską, wystarczy przejść przez most na Nysie Łużyckiej. W tym wyludniającym się regionie wschodnich Niemiec („mamy tu trzy razy więcej mieszkań niż ludzi”), określanym przez polityków z Berlina jako „wilczy teren”, Diana mieszka z rodziną w nowowybudowanym domu. Tu było miejsce jej przodków i będzie jej, gdzie pradziadek ogrodnik założył słynny dziś ogród „Park Róż” w Forst, który w tym roku będzie obchodził 100-lecie istnienia. W związku z tym Diana  angażuje się w utrzymanie ogrodu i zbieranie datków  na  odbudowanie jednej z głównych niegdyś atrakcji – pięknej fontanny ogrodowej. Uroczyste odchody są zaplanowane na czerwiec 2013 roku, wtedy kwitnie większość z 800 odmian róż  i jest jak w raju. Motywacja Diany jest prosta – ogród przetrwał dwie wojny światowe oraz pięć systemów politycznych i ciągle się rozwija. Kwiaty, jako piękne rzeczy należą do kultury.

Diana Podlesch w Parku Róż w Forst – który założyl jej pradziadek ogrodnik

Dlaczego to robi, jest młoda, wychowuje dzieci, ponadto pracuje jako event manager w odrestaurowanym kinoteatrze Forster Hof, zakupionym od miasta przez miejscową kobietę – przemysłowca. Poniekąd jej praca również odradza możliwości i przywraca do życia historyczny obiekt stanowiący dziedzictwo kulturowe miasta, ale w nowoczesnym duchu integracji – tu oprócz tradycyjnych imprez organizowała wspólne oglądanie meczów piłkarskich podczas EURO 2012. Takich obiektów było kiedyś  w Forst siedem, został ostatni jako  kulturalny świadek przeszłości i świetności miasteczka.

Pracowała również w wielkim mieście – Berlinie jako florystka, żeby pokazać ojcu, że potrafi, ale wróciła. Jak mówi, jej korzenie mają bardzo duży wpływ na to, co robi dla „swojego Heimatu” – czerpie z nich siłę i sens oraz wierzy, że każdy człowiek tak ma, jeśli dorośli opowiadali dzieciom swoje rodzinne historie. „Te opowieści mają większe znaczenie dla dzieci niż przeczuwamy”- zamyśla się Diana, która pod wpływem tradycji rodzinnych wybrała zawód ogrodnika uzyskując mistrza florystyki.

Większy problem wg Diany, który zauważa wokół siebie to to, że dziś rodziny wielopokoleniowe nie mieszkają już razem, dziadkowie są bardzo długo zaangażowani zawodowo i nie spotykają się często z młodym pokoleniem. A gdy się spotkają to rozmawia się o rzeczach nieistotnych, nie dzieli się wspólnego życia i nie ma czasu na przekazywanie ważnych informacji, czemu powinna towarzyszyć jakaś refleksja.

Diana traktuje swoją działalność jako wewnętrzny przymus i przekonanie, by znaleźć się wszędzie tam, gdzie jest coś ważnego do zrobienia i robi to świadomie. Ponadto ma silnego mężczyznę przy swoim boku. Uśmiecha się na pytanie o  emancypację – „W społeczeństwie już tyle dyskutuje się o rolach i zadaniach płci, a czego my właściwie chcemy? Żeby mężczyzna stał w kuchni i piekł ciasto. Oczywiście może to robić jak chce, jeśli razem o tym zdecydujemy. Jestem wierna tradycji, ja zostałam z dziećmi i piekę ciasto, chociaż mąż też potrafi.”

Od władz lokalnych Diana oczekiwałaby lepszej komunikacji w małym wymiarze. To problem społeczny, dziś  szukamy kontaktów i logujemy się na Fb, mimo to zatraciliśmy umiejętność pójścia do sąsiada i zaproszenia go na lampkę wina. Kiedyś małe miejscowości były prawdziwą wspólnotą.

Prowadząc spełnione życie, niezależnie od tego czy chodzi o stowarzyszenie, Park Róż czy kulturę  w Forster Hof, siłę czerpie z tego, że w innych dziedzinach życia powiodło jej się, ma  czworo dzieci. „Wiem, to jest ostro konserwatywne, trochę jak w romansach Rosamundy Pilchner (wziętej pisarki piszącej w kuchni przy wychowywaniu dzieci – dop. autorki), ale to daje szczęście.

Żeby się odnaleźć na prowincji – wg Diany – kobieta powinna wiedzieć czego chce. Wiele kobiet nie ma żadnego zadania, mimo że dobiega do 40-stki, przez co brakuje im poczucia zadowolenia i dumy. Telewizja sugeruje nam, że szczęście  jest czym innym niż jest oraz co jest dobre a co złe….

Czy jest nowoczesną Europejką?

A jakie właściwie są dziś kryteria” – długo zastanawia się Diana. Zna języki obce, dużo podróżowała, ale jest tradycjonalistką i się tego nie wstydzi. Widać, że cała Europa się integruje, ważne by regiony miały własną tożsamość – przekonuje Podlesch, która żyje teraźniejszością nie zapominając o korzeniach i historii.

 

POWOZEM W PRZYSZŁOŚĆ

Istnieje taka Polska, gdzie większość młodych ludzi wyjechało zaraz po szkole i już nigdy nie wraca. Socjologowie próbują nazywać ją kryptonimem B lub C, ale jak to dokładnie określić? W takiej Polsce Zachodniej w Goli Wąsoskiej, w dolnośląskim powiecie góreckim swój biznes prowadzą bracia Kutzmannowie. Produkują  powozy i dorożki konne w firmie rodzinnej, którą stworzył przed laty ich ojciec. Maciej jest przed 30-stką,  Marek ma 34 lata, obaj skończyli kilka kierunków studiów. Marek projektuje bryczki, zajmuje się technologią i organizacją produkcji, skończył zarządzanie, marketing oraz bhp a Maciej  będąc inżynierem uzupełnił wykształcenie o finanse, rachunkowość oraz handel międzynarodowy. Jednak najlepszą szkołą jest prawdziwe życie i realne prowadzenie biznesu. Są poniekąd  rozczarowani teoretycznymi studiami, gdzie wiedza szybko się dezaktualizuje, dziś Marek stwierdza, że studiował nie marketing, ale historię marketingu. Oczekiwali więcej, ale mieli otwarte umysły i własną kreatywność.

Maciej i Marek Kutzmannowie z sukcesem promują swój region

Dlaczego wrócili na wieś po studiach z Wrocławia?

To głęboka wieś, bez większych perspektyw na ciekawą pracę, największa prowincja, ale fajny region jeśli chodzi o przyrodę czy turystykę.  Zostali od młodości nauczeni pracy w firmie prowadzonej przez ojca. Tato jest przykładem, że ciężką pracą dużo się zdobywa. To przekładało się na efekty ekonomiczne i ułatwiło decyzję, jeśli są pieniądze i satysfakcja, to dlaczego coś zmieniać – zgodnie stwierdzają bracia uzupełniając się w biznesie. Nasze produkty to nie tylko rozrywka, rekreacja, ale i zachowanie ras koni.

Mimo boomu motoryzacji w XXI wieku, bracia kontynuują produkcję powozów konnych eksportując je na cały świat, rocznie ok. 300 sztuk. Produkt ma bogate walory związane z tradycją i dziedzictwem kulturowym wsi oraz  hodowlą koni. Jednak skala innowacji w obecnie produkowanych powozach jest, krótko mówiąc, niesamowita.

To co robimy daje nam bardzo szerokie horyzonty, nasz produkt sprzedajemy praktycznie w każdy zakątek kuli ziemskiej. Mamy rozległe kontakty, poznajemy nie aglomeracje, ale właśnie wieś  i prowincję Europy, ich tradycje, obyczaje, zachowania – bracia są zauroczeni wsią andaluzyjską, wspólnotą życia tej wsi,  gdzie ludzie żyją spokojniej. Są tacy sami jak my – jedzą wieprzowinę, fajnie się bawią, nie patrzą przez pryzmat pieniędzy, nie dali się zamerykanizować, tam jest najwięcej koni w Europie – mówią. Podróże po świecie zweryfikowały ich wyobrażenia o wsi, nie wszędzie jest tak kolorowo, nawet w Stanach Zjednoczonych.

Wejście do UE i otwarcie granic tylko ułatwiło funkcjonowanie firmy, kompleksów nie mieli. Już   senior Kutzmann współpracował z zagranicą, tuż po transformacji, tylko inaczej to wyglądało – choćby godziny czekania na granicach. Bariery nadal są, związane procedurami naszych urzędów, klienci z zagranicy nie rozumieją rozbuchanej polskiej biurokracji w tej samej Unii, np. potrzeby posiadania pieczątki, tam podpis jest uznawany za wystarczający.

Wydawałoby się, że jako lokalni pracodawcy mogą liczyć na wsparcie władz lokalnych, jednak

łatwo nie jest. Cierpimy przez  brak infrastruktury w gminie, złe drogi czy ciągłe wyłączenia prądu bardzo szkodzą  firmie – stwierdza Marek. Współpracują z lokalną społecznością a gminę, promują w swoich materiałach reklamowych, przyjmują gości z jej partnerstw zagranicznych.

To nie zabrzmi za skromnie – wprost stwierdza Maciej – mamy wrażenie a nawet przekonanie, że my w sposób efektywniejszy reprezentujemy na świecie gminę Wąsosz  mówiąc, że stąd jesteśmy.  Nasza marka jest znana na świecie – nasze bryczki jeżdżą w w Chile, Korei, Japonii, Ameryce czy Australii.

Zostałem nawet radnym z własnego komitetu – mówi Maciej starając się przebijać stereotypy, nie walczę z systemem, ale widzę niechęć, czemu taka młoda osoba „wymądrza się”, gdy proponuję  sprawdzone za granicą rozwiązania.

Jak zatrzymać młodych w terenie? Powinno się robić mniej propagandy a więcej działań. Maciej jako społecznik i radny nie zgadza się ze strategią wieloletnią kraju wspierania w pierwszym rzędzie  aglomeracji, które będą motorem napędowym rozwoju regionu. To w większości propaganda, wszystkie seriale są w miastach, media zbyt kształtują nasze życie.

Krytykują formę i strukturę wspomagania i zakładania firm, co działa tylko na chwilę.

Ich produkt jako niszowy ma cechy tradycyjne,  ale technologie produkcji powozów są nowoczesne. Używają ploterów, programów komputerowych, a klient otrzymuje wizualizację produktu w 3D. Nou hau dorożek to dziś hamulce tarczowe, system świateł, liczniki prędkości a nawet  montowane są radia. Nowości pojawiają się z potrzeb klientów, jeśli mamy wprowadzić coś nowego na stałe – organizujemy burzę mózgów z ojcem, po czym następuje praktyka, czyli wdrażanie.

Senior Kutzmann  nadal czuwa i doradza, nie neguje żadnych decyzji synów – twierdząc, że on już swoje zrobił. Bracia zgodnie przyznają, że nieocenione są umiejętności interpersonalne ojca. Potrafi lepiej rozmawiać z pracownikami, ma lepsze podejście do ludzi. Rynek pracy jest niestabilny, przez co doceniają pracowników uniwersalnych.

Budowanie marki, to szeroka współpraca a nagrody,  to zajmuje czas, ale się opłaca, często nas znajdują poprzez takie artykuły. Są jak najbardziej spełnieni, mimo pojawiających się trudności i błędów (uzależnienie się od jednego odbiorcy),  dostosowują plany do rynku, czyli proporcje firmy handlowej do produkcyjnej zmieniają się, zwiększą zakres usług, bo tu widzą szansę. Chcą wejść mocniej w branżę końską, która staje się coraz bardziej wymagająca.

Jesteśmy różnie oceniani, w lokalnym społeczeństwie ludzie widzą zewnętrzne rzeczy – nowy samochód szefa, nie do końca obiektywne widzą nasze zaangażowanie a  w z drugiej strony instytucje nas nagradzają.  Pracujemy ciężko, ale jest w nas wielki optymizm – podsumowuje Maciej.

 

AHOJ PROWINCJO

Piwowar Jarosław Nosek z Broumowa na Północy Czech  jak wizjoner zobaczył w zmurszałych i monumentalnych murach benedyktyńskiego browaru potencjał do działania. Po upadku państwowego właściciela czeski piwowar powrócił do wyrobu tradycyjnego piwa klasztornego, jak przed wiekami. W obecnej globalizacji smaków zauważył tęsknotę do dobrego i swojskiego. Można go nazwać piwowarem-kustoszem własnego biznesu, gdyż chętnie oprowadza grupy turystów po stworzonym przez siebie muzeum, ale i po halach produkcyjnych starego browaru. Atrakcją końcową wizyty jest oczywiście degustacja wielu różnych rodzajów piw, o czasem zaskakujących smakach, już zgodnie z nowoczesnym marketingiem. Klienta trzeba przecież czymś przyciągnąć, zaskoczyć, zadziwić i dać mu wybór, na przykład między piwem z rokitnikiem, syropem klonowym czy pieprzem. Produkcja lokalnych piw to obecnie trend, który doskonale służy wzbogaceniu oferty  turystycznej i kulinarnej, jednak młodzież na tych terenach może zatrzymać tylko praca – przekonuje Jarda Nosek.

Piwowar Nosek (z prawej) oprowadza wycieczkę w browarze Broumow

Broumow to malutkie miasteczko w na północnej prowincji Czech, tuż przy granicy z Polską, teren niełatwy do rozwoju biznesu, mimo niewątpliwych walorów malowniczej okolicy oraz najwyższych nagród za piwa Opat przyznawanych przez czeską organizację oceny wyrobów browarniczych. Musiał się jeszcze znaleźć człowiek z pasją, który nie dał się uwieść idei  konsumpcjonizmu. Eksponaty związane z browarem gromadził i kupował na aukcjach w necie już wcześniej. Urzędnicy nie oszczędzali piwowara z Broumowa, nie poklepywali po plecach „Dasz radę!”, nie wsparła Unia Europejska. Siła perswazji Noska nie przekonała do dofinansowania  odnowy browaru a ryzyko porażki było duże.  Motywacja i wysiłek musiał być tym  znaczniejszy, a potencjał obiektu i okolicy Nosek wykorzystuje doskonale dzięki swojej postawie lidera  i otwartemu podejściu do świata. Ostatnio  wymyślili  z kolegą atrakcję dla dzieci, tworzą ekspozycję smoków  w historycznym zamku. Piwowar to obywatel Europy, działa bez granic, większość jego gości to Polacy.

 

REAKTYWACJA Z TRADYCJĄ W TLE

Wszyscy moi rozmówcy z pogranicza – piwowar Czech, bracia Polacy czy Niemka Diana zauważają, że na prowincji jest prawdziwe życie, gdzie robią autentyczne rzeczy z sensem. Czy to ich wewnętrzny imperatyw „Do pomp!”, że najpierw biegną bo tam  właśnie  jest potrzeba. Wartością dodaną tych przedsięwzięć jest idea oprócz zysku, co przekłada się w każdym przypadku  w satysfakcję z wykorzystania swojego życia.

W przypadku moich bohaterów wykluczeniem społecznym byłoby zerwanie więzi ze swoimi korzeniami, ale oni uznali to jako wartość nadrzędną. Kreują własną autorską rzeczywistość zamiast narzekać.

Zbyt małym impulsem do rozwoju Pogranicza stały się fundusze strukturalne. Granice już nie dzielą, hamulcem jest brak odpowiednich ludzi by tereny odżyły. Nie należałoby też przeszkadzać tym, którym się chce, mają ideę, której oddają swoją duszę i kapitał pokoleń.

Plan Stolpego, który po upadku komunizmu przed 20 laty, miał szansę rozbudzić aktywność gospodarczą terenów pogranicza Odry spalił na panewce, ze względu na polityczne strachy jakoby wykupienia i uzależnienia Ziem Odzyskanych przez Niemcy. Dopiero w ostatnich latach, przy pomocy funduszy unijnych odnawia się infrastrukturę regionu. Jednak dysproporcje są znaczne, gonimy stracony czas. Specyfika miejsc jest widoczna, są dobre tendencje, w tym coraz mniej uprzedzeń między zwykłymi ludźmi.

Do głosu dochodzi pokolenie urodzone i wychowane na „swoich” Ziemiach Zachodnich, traktujące je jako miejsce sentymentalne, co jest mocną więzią z regionem. Czy więc teraz region przyspieszy, nastąpi reaktywacja gdy o jego przyszłości decydują „tu urodzeni”? Wypracowywany jest program wsparcia Polska Zachodnia, więc są szanse na własne priorytety a nie te wyznaczone przez stolicę.

Czy konserwatywna ale ideowa prowincja jest szansą dla nas wszystkich? Może tam istnieją jeszcze wartości, które odrzuca konsumpcyjny świat aglomeracji ze swoją  anonimowością, pośpiechem i mglistą tożsamością.

Małgorzata Pałys,
ur. 1964,red. Rolniczego Pulsu,autorka artykułów
o wsi i rolnictwie
, stypendystka FWPN ,
realizatorka projektów
szkol.-doradczych

Reportaż powstal dzięki wsparciu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej

Digg this!Dodaj do del.icio.us!Stumble this!Dodaj do Techorati!Share on Facebook!Seed Newsvine!Reddit!Dodaj do Yahoo!
  Copyright ©2017 Lubuska Izba Rolnicza, wszystkie prawa zastrzeżone.