Lubuska Izba Rolnicza » Archiwum bloga » ŻYCIE W ZGODZIE Z NATURĄ
Główna » Aktualności

ŻYCIE W ZGODZIE Z NATURĄ

Autor: Red. dnia 30 sierpnia 2017

Państwo ZatorW lipcu br „Rolniczy Puls” gościł w gospodarstwie rolnym Państwa Małgorzaty i Stanisława Zator w Lubiechni Małej, w gminie Rzepin, w powiecie Słubickim. Pan Stanisław jest III kadencję członkiem Rady Powiatowej LIR oraz od 2002 roku sołtysem.

A. J.: Proszę opowiedzieć o historii gospodarstwa.

Stanisław Zator: To gospodarstwo, w którym w tej chwili jesteśmy, jest gospodarstwem po rodzicach żony i myślę, że to ona najlepiej opowie jego historię.

Małgorzata Zator: Moi rodzice nabyli to gospodarstwo w 1968 roku, wówczas liczyło 14 hektarów. W roku 80-tym zdecydowali się je zdać i przejść na rentę. Niestety ja dopiero kończyłam szkołę rolniczą i nie mogłam jeszcze przejąć gospodarstwa, a rodzice nie mogli czekać. Po przekazaniu na rzecz skarbu państwa, zostało im dożywotnio po 30 arów siedliska i pół domu, ja po ukończeniu Liceum Rolniczego w Słubicach rozpoczęłam pracę w RSP w Starkowie. Związek małżeński zawarliśmy w 1983 roku i mieszkaliśmy tu przez pięć lat. W roku 1988 mężowi zaproponowali mieszkanie pracownicze w RSP Kowalów, i tak przenieśliśmy się do Kowalowa. Tu na miejscu została mama, tata już nie żył. W 1991 roku, kiedy te starsze dzieci były już w miarę odchowane podjęłam ponownie pracę zawodową. Po zmianie ustroju, w 1992 roku zaczęliśmy się starać o odzyskanie prawa własności do budynku i gospodarstwa. Z wielkim trudem, ale udało się odzyskać te stracone wcześniej pół domu, budynki gospodarcze i przyległe do nich 28 arów. W 1994 roku odkupiliśmy jeszcze od sąsiada najbliższe 60 arów, które kiedyś należały do moich rodziców. Niestety, w tej chwili nie ma już możliwości by odkupić całe 14 ha.

S. Z.: Gdyby człowiek na tamte lata miał ten rozum, co teraz, to inaczej by to rozegrał. Wtedy nasza uwaga była skupiona na dzieciach, pracy… Wówczas praco-wałem w spółdzielni produkcyjnejw Kowalowie, oferowali mieszkanie, dzieci miały blisko do szkoły…

A. J.: W tej chwili ile wynosi areał gospodarstwa i jakiej bonitacji są gleby?
S. Z.: Teraz mamy 36 ha, w tym 12 ha dzierżawy. W Lubiechni mamy łąki i to jest głównie klasa IV i V , w Radowie to przeważnie IV klasa i tam jest rzepak (9 ha), jęczmień jary (4,00 ha), pszenżyto (2,3 ha), łąki (3 ha).

W zeszłym roku część działek przeznaczyliśmy do programu ekologii, to jest 6 ha gruntów ornych, gdzie jest posiane proso oraz 3 ha łąk. Użytki zielone mamy także w PRSK (ochrona botaniczna gleb).

A. J.: Czy planują Państwo zwiększyć ten areał?
S. Z.: Chcieliśmy i chcemy nadal zwiększyć areał. Niestety w ustnych przetargach ograniczonych nigdy nie mieliśmy szans przebicia. Zawsze wygrywali ci „więksi”. Kiedy zasady się zmieniły i weszły zasady składania ofert pisemnych, złożyliśmy taką ofertę, ale w Agencji tak to długo trwało – ponad dwa lata, że w międzyczasie zmieniły się kryteria. Pojawiła się całkiem inna punktacja, o której w ogóle nie zostaliśmy powiadomieni i znów nie mieliśmy szans. Tym razem przegraliśmy z „młodym rolnikiem”, który już na starcie miał 40 pkt.

A. J. : Jakie plony są uzyskiwane w gospodarstwie?
S. Z.: Jeśli zastosuje się wszystkie środki, jakie powinny być zastosowane i trafi się w odpowiednią pogodę, to na lepszej glebie III, IV klasy można liczyć na większy plon, ale na V i VI to już nie bardzo efekty są widoczne. To i tak 4 tony będą.

A. J.: A jak wygląda rynek zbytu i kwestie płatności?
S. Z.: Nie ma problemu ze zbytem, pozostaje tylko kwestia ceny. Każdy rok jest inny. Od dłuższego czasu współpracujemy z jednym i tym samym odbiorcą. Jeśli chodzi o płatności, to przez te lata unijne polepszyło się diametralnie. Kiedyś bywało różnie, nawet tak, że sprzedaliśmy 25 ton żyta i dopiero po półtora roku, po wyroku sądu, uzyskaliśmy zapłatę – w ratach po 100, 150 zł, w dobrej woli.

A. J: Czy prowadzili kiedyś Państwo produkcję zwierzęcą czy zawsze była to tylko produkcja roślinna?
S. Z.: Od zawsze mieliśmy produkcję roślinną. W zeszłym roku w związku z przeznaczeniem części działek na użytki zielone w ekologii, kupiliśmy trzy jałówki. Mamy jeszcze kilka kóz.

A. J.: Jaki sprzęt jest wykorzystywany w gospodarstwie? Czy korzystali Państwo ze środków unijnych na jego zakup, może na modernizację gospodarstwa?
S. Z.: Ponieważ bardzo brakowało nam magazynu, garażu, skorzystaliśmy ze środ-ków PROW w 2006 roku i wyremontowaliśmy budynek gospodarczy. Sprzęt nie jest najnowszy. To jest Ursus U 914 z 1988 roku, kombajn MDW 524 kupiony w Niemczech, wówczas 5 letni, u nas jest już 23 lata. Na nasz użytek to wystarcza. O sprzęt staram się dbać, co roku coś się podreperuje, wyremontuje, wyszykuje i jest na chodzie.

W ogóle jesteśmy samowystarczalni, takim typowym gospodarstwem rodzinnym. Przy żniwach pomaga syn, odwozi zboże, żona pracuje przy dmuchawie… Jak jest dużo pracy, to każdy robi, co może. Żona bardzo mi pomaga w gospodarstwie przy biurowych pracach, wypisywaniu wszystkich dokumentów, zawiezieniu ich do urzędu, wykonaniu, odebraniu telefonu. Dużo kwestii papierkowych, formalnych załatwia żona. To dla mnie bardzo duża pomoc. Wtedy ja mogę się zająć typowymi pracami w gospodarstwie.

A. J. : Czy planują Państwo jeszcze inne inwestycje i korzystanie ze środków PROW?
S. Z.: W tej chwili podział na obszary A, B, C nie daje nam takiej możliwości. Chcielibyśmy zakupić nowy ciągnik, prasę rolującą…. Wniosek złożyliśmy, ale w międzyczasie weszło nowe rozdanie i nie doczekał się on realizacji. Gdybyśmy gospodarstwo przekazali któremuś z dzieci, to ono mogłoby skorzystać z dofinansowania. Ale póki, co nie bardzo jest komu. Syn pracuje zawodowo i na razie nie myśli by wiązać się z rolnictwem. Zresztą żadne z naszych dzieci nie poszło w tym kierunku, choć w gospodarstwie ile mogą to pomagają.

A. J: Właśnie chciałam zapytać czy są następcy, czy może już któreś z dzieci pomału przejmuje Państwa obowiązki?
M. Z.: Mamy czworo dzieci: najstarsza córka (lat 34) 12 lat temu wyjechała do Stanów Zjednoczonych i nic nie zapowiada, by z stamtąd wróciła. A miała być tylko rok.…. W zeszłym roku, po 11 latach zrobiła nam niespodziankę i przyleciała do Polski na Wielkanoc.

S. Z.: Mieszka w Nowym Jorku i dla niej Manhattan, cały ten zgiełk uliczny, tłumy, to jest to. Ja tutaj czuję wolność, kiedy mam dookoła dużo przestrzeni, łąki, lasy… Ona tam.

M. Z.: Dzięki drugiej córce, która mieszka w Grodzisku (lat 32) niedługo zostaniemy dziadkami. Z tej okazji zobaczymy też znów najstarszą córkę, która zapowiedziała swój przylot. Został z nami syn (lat 31) i najmłodsza córka (lat 17), którą też ciągnie do miasta. Jej pasją jest reżyseria – na ile może to dokumentuje, nagrywa, robi zdjęcia z wszystkich wydarzeń szkolnych i kościelnych. Najwięcej w wolnej chwili pomaga nam syn, który pracuje zawodowo. Najmłodsza córka też pomoże, jak potrzeba, np. przy koszeniu trawnika, ale jej w wakacje często nie ma w domu. I w tym roku i w poprzednim, odbieraliśmy za nią świadectwo, bo już była na wyjeździe. Choć do rolnictwa jej nie ciągnie, to mówi, że tak czy siak, ale gospodarstwo musi zostać. Jeszcze nie wie jak, nie ma pomysłu, ale nie wyobraża sobie żeby go nie było. Na razie jest jak jest. Dzisiaj jeszcze nic nie można przewidzieć, życie zweryfikuje.

A. J: Czy gospodarstwo jest głównym dochodem czy może prowadzą Państwo jakąś inną działalność poza rolniczą?
M. Z.: Ja pracuję, jako agent ubezpieczeniowy na wyłączność dla TUW-u.

A. J: Czy należą Państwo do grupy producentów rolnych?
S. Z: Kilka lat temu zakusy do utworzenia takiej grupy były, ale z przekonaniem innych do jej utworzenia było ciężko. Więcej było wtedy tych mniejszych rolników, ale wszyscy mieli jeszcze obraz tych dawnych po pegeerowskich spółdzielni i od razu, na starcie, po rozmowach wyczuwało się, że nic z tego nie będzie.

A. J.: Jak ocenia Pan działalność LIR?
S. Z: Ubolewam, że ma tak małe kompetencje. Uważam, że instytucje państwowe powinny się bardziej liczyć ze zdaniem Izby. Powinien być większy wpływ, większa decyzyjność. W tej chwili tego nie ma.

A. J.: Czy pełni Pan jeszcze jakieś inne funkcje poza byciem członkiem Rady Powiatowej LIR?
S. Z. Tak, od 2002 roku jestem sołtysem.

A. J.: Mieszkańcy wsi są zintegrowani? Działa tu może KGW?
M. Z.: Koła Gospodyń, co prawda nie ma – wieś za mała, ale tak, jesteśmy zintegrowani. W sumie, to takim największym wydarzeniem u nas, to są dożynki gminne. Wtedy się spotykamy przy pleceniu wieńca, czasami organizujemy stoisko. Dwa razy do roku, głównie z myślą o dzieciach jest organizowany festyn. Wtedy wszyscy wspólnie działamy, głównie my starsi, bo z młodymi to różnie bywa. Szczególnie, jeśli pracują zawodowo, wtedy czasu brak, ale jak się poprosi to nigdy nie odmawiają pomocy. We wsi wszyscy są aktywni zawodowo, nikt nie jest na bezrobotnym. Jest 67 mieszkańców w tym 17 dzieci. Mamy ładny plac zabaw, z zadaszoną wiatą – wigwamem, wywalczonym ze środków PROW. W 2012 roku również ze środków PROW udało się wyremontować dach i wieżę naszego zabytkowego kościoła z 1659 roku.

A. J.: Czy występują u Państwa szkody łowieckie? Jak układa się współpraca z Kołem Łowieckim?
S. Z.: Najwięcej szkód mamy wiosną wyrządzanych przez dziki, na łąkach położonych blisko lasu, gdzie i wilki się zdarzają. Szkody zgłaszamy i jakieś niewielkie odszkodowania są nam wypłacane, nie są to duże pieniądze. Zawsze członkowie Koła reagują na zgłoszenie, przyjeżdżają, terminy są zachowane, nie unikają nas. Na szczęście pola z uprawami są blisko wioski, z dala od lasu, więc dużych szkód tam nie ma.

A. J.: Czy mają Państwo szansę na dłuższy wypoczynek, udaje się wyjechać, odetchnąć chwilę?
S. Z.: Czasami wyjeżdżamy na parę dni, nad morze. Głównie jest to po 15 sierpnia, kiedy jest już po żniwach, jest zaorane, uszykowane pod następne zasiewy.

A. J.: A jest czas na hobby, na realizację własnych zainteresowań?
S. Z.: Mnie pasjonuje i czymś przy czym lubię spędzać czas, to mechanizacja. Bardzo lubię majsterkować, naprawiać, przerabiać. Wykorzystuję stare urządzenia by zrobić coś nowego, użytecznego. Mam wielką satysfakcję, gdy uda mi się stworzyć coś, co potem działa i się przydaje w gospodarstwie. Jeszcze, kiedy pracowałem w spółdzielni produkcyjnej, jako kierowca, to byłem również mechanizatorem. Zawsze mnie do tego ciągnęło. Chociaż wykształcenia w tym kierunku nie mam. Tylko ogólniak…

A. J.: To chyba jednak wybór liceum nie był najtrafniejszy…
S. Z: To, że wybrałem liceum było wynikiem namowy nauczycieli ze szkoły podstawowej. Świadectwo miałem dobre.. Po liceum miały być studia… No, ale tak się nie stało. Akurat mój rocznik był bardzo liczny, konkurencja była duża, nie udało się… A do tego była potrzebna moja pomoc w gospodarstwie rodziców. Później poszedłem do wojska. Jak zakończyłem służbę to miałem 25 lat, a ponieważ było nas siedmioro, (ja byłem drugim dzieckiem) rodzice nie namawiali na dalszą naukę, woleli żebym się usamodzielnił. I tak, przez szwagra, który pracował w rolniczej spółdzielni produkcyjnej, też tam trafiłem. Potem poznałem żonę ….

A. J. : Proszę o refleksje na zakończenie….
M.S.Z. Rolnictwo z wielkim trudem, ale pomału rozwija się w dobrym kierunku. Jest to ciężka praca jak zawsze podkreślamy trzeba żyć w zgodzie z Bogiem i naturą a będzie dobrze.

Życzę Państwu wszystkiego dobrego i dziękuję serdecznie za rozmowę oraz poświęcony czas.

Aneta Jędrzejko

Digg this!Dodaj do del.icio.us!Stumble this!Dodaj do Techorati!Share on Facebook!Seed Newsvine!Reddit!Dodaj do Yahoo!
  Copyright ©2020 Lubuska Izba Rolnicza, wszystkie prawa zastrzeżone.